Tak sobie cały czas umilam sobotę, nawet nie zorientowałem się, że zrobił się wieczór. Figurek do szopki albo szopek przybywa, mógłbym pracować szybciej, ale nie ma powodu do pośpiechu.
Rano, powiedzmy raczej, że o świcie napisałem taki sobie tekst o wiośnie. W pisaniu także nie rozpędzam się, a powinienem. Zaczęte oratorium trzeba byłoby posklejać jakąś narracją. Nad nią jeszcze się zastanowię, songów jest aż nadto. O narracji pomyślę jutro, a tekst poranny wygląda tak:
Przyziemny
Wiosna, w dniach kilku buchnęła zieleń,
Grzech, by się w rozkwit życia nie udać.
W krzewach i drzewach dzieje się wiele,
Więc pójdę wielbić przyziemne cuda.
Na kolcach ostów zawieszę strzępy
Myśli pogodnych jak Słońca warkocz,
Otworzę wszechświat w trawach zamknięty,
Życie przy glebie obejrzeć warto.
Lotem motyla wpadnę w pokrzywy,
Które czekają, by mnie poparzyć,
Niech z tym się liczy niechciany przybysz!
Sprawdzę też o czym w miętach się marzy.
Niczym paproci liścia końcówka,
Głowę uniosę wigoru pełną,
Klęknę na dywany, który mech utkał
Dziękując za to, co jest pode mną.
Tak się powinien przecież zachować
Człowiek – pan Ziemi, może się zdawać,
Chcę być soczysty jak zieleń nowa,
Ja – też przyziemny jak chwast i trawa.