Wychodzenie z jakiegoś kryzysu bywa trudne i bolesne. Wczorajszą ponurość musiałem zniwelować pozytywnymi czynami, przyznam się, że wyszło połowicznie. Pewna persona chciała zepsuć mi nastrój stosując zagrywki zakulisowe, ale ktoś inny, z natury pozytywny przestrzegł mnie w porę i nic z tego nie wyszło. Czyli inaczej mówiąc wyszło jak szydło z worka, nie zawiodłem się na tych osobach. Pierwszy okazał się szują, co mnie nie zdziwiło, druga osoba wypadła pozytywnie i to także dla mnie nie nowina.
Ciągle jestem niezadowolony z wielbłądów do szopki. Robię już kolejną figurkę, a konkretnie dzisiaj dwie i nie wiem jak je ocenić. Na wszelki wypadek jutro zrobię dwie następne i chyba w końcu dojdę do wprawy. Nienadające się do pokazania wyrzucę, z a dobrymi będę dalej pracował, to znaczy umieszczał w kolejnych szopkach. Trening czyni mistrza, a w tym wypadku poganiacza wielbłądów. Dlaczego poganiacza? Połowicze zadowolenie z figurek nie zniechęca mnie, a wręcz przeciwnie pogania do dalszej pracy.
Zapytany o samopoczucie powinienem stwierdzić także, że połowicznie. Fizycznie niby wszystko gra, niepokojących reakcji serca na wysiłek nie odnotowuję. Jestem za to jakiś słabszy, pozbawiony chęci do ruszania się. Powinienem zacząć trening siłowy. Tak, siłowy! Najpierw wysilić się na rozsądek.