Plany weekendowe zostały zrealizowane w stopniu co najmniej zadowalającym. Szkoda tylko, że nie moje plany, ale moich najbliższych. Mogłem się dzisiaj wykazać jako kucharz, bo zrobiłem obiad, który podobno smakował. Tak tylko piszę niepewnie, że podobno smakował, ale w rzeczywistości musiał być dobry, bo jedli aż się uszy trzęsły. Ja także, ale przede wszystkim goście, a odwiedzili nas najbliżsi z Psar. Stefan rośnie, Witek już jest prawie dorosły, bo można z nim poważnie rozmawiać. Właściwie nie tylko można, lecz trzeba, bo usta mu się nie zamykają. To jest ten wiek pełen pytań i dziecięcej logiki oraz spostrzeżeń. Byłem mu bardzo wdzięczny, kiedy ostrzegł mnie, żebym uważał jedząc śliwki, bo w środku jest pestka. Niesamowite, nigdy jej nie zauważałem. Żarty na bok! Kochany wnuczek wykazał troskę o starego dziadka i to doceniam.
Oprócz obiady zrobiłem jeszcze rano andruta. Już przedwczoraj kupiłem wafla, a wczoraj kajmak. Nie napracowałem się zbytnio, bo nie jest to sztuką zrobienie pischingera. Sztuką było załapanie się na konsumpcję. Udało się, zjadłem 2 kawałki, resztę ci, którzy zaplanowali mi weekend.