Nie wierzę we wróżebne słowa, jakoby cały tydzień miał mieć przebieg podobny do poniedziałku. Dzień wariacki, tematy rozbieżne, konieczność bycia w różnych miejscach, a każda sprawa do załatwienia niby ot, tak sobie, wymagała skupienia. Do tego jak na złość coś zaczęło szwankować w aucie. Jechałem do pracy i tuż za Bobrownikami mój niezniszczalny pojazd zaczął się szarpać, tak, przy dodaniu gazu zachowywał się jak kangur. W panikę nie wpadłem, ale fantazja poniosła mnie w daleko idące konsekwencje. Jakoś dojechałem, ale cały czas myślałem co będzie podczas powrotu. Na wszelki wypadek umówiłem się na jutro w autoryzowanym serwisie, zrobiłem sobie wolny dzień w pracy, żeby nie podchodzić zbyt nerwowo do kwestii czasu. Miałem nadzieję, że sprawa się sama wyjaśni, że nie auta nie zajadę, ale nim zajadę do domu.
Po pracy wsiadłem do samochodu, włączyłem napęd bez problemu. Jasne, problem występował podczas jazdy, więc musiałem ruszyć. Przez pierwsze kilkanaście, powiedzmy kilkadziesiąt metrów auto znowu skakało, ale za moment doszło od stanu normalnego. Musiałbym być nienormalny, gdybym odwołał wizytę u mechanika. Moja niewiara dotyczy także tego, że awaria naprawi się od „samosia”.