Niedawno byłem na onirycznej wycieczce w Pradze, a ubiegłą noc spędziłem w Moskwie. Fabuła podobna do poprzedniej, czyli przyjeżdżam z większą grupą, ale z niezrozumiałych powodów samotnie zwiedzam miasto, a następnie nie wiem jak wrócić do hotelu. Tym razem do hotelu, bo poprzednio musiałem wracać pociągiem do Katowic. Dobrze, że znałem nazwę miejsca zakwaterowania, był to „Hotel Kolarski”. Droga powrotna wiodła przez zaniedbane dzielnice, nawet musiałem przeciskać się przez wyrwy w ażurowym murze. Na jakimś zrujnowanym placu spotkałem polskiego żołnierza, który chciał mi pomóc wydostać się z labiryntu ulic, był przekonany, że zna kierunek. Po jakimś czasie spotkaliśmy jego kolegów, którzy stwierdzili, że źle idziemy. Chciałem zadzwonić do Agnieszki, ale telefon dziwnie reagował, ktoś mi podpowiedział, że powinienem wybrać specyficzny dla Moskwy numer kierunkowy. Próbowałem wezwać taksówkę, ale bezskutecznie. Byłem załamany, widziałem w oddali kopuły wielu cerkwi, tam gdzieś powinien był być ten hotel. Niby niezbyt daleko, ale żołnierz powiedział, że to jest pięć kilometrów, a ja miałem się tam zjawić za pół godziny. Było to niemożliwe.
Zbudziłem się szczęśliwy w moim domu. Ciekawy jestem, gdzie następnym razem pojadę z moim sennym biurem podróży.