Tę noc przespałem bez przerwy. Sukces? Nie, zwyczajne i logiczne podejście do sprawy. Na poważnie położyłem się do łóżka tuż przed północą i tyle tłumaczenia. Dlaczego na poważnie? Proste, przedtem byczyłem się w łóżku z powodu sporego zmęczenia.
Tak, sobota okazała się być pełna wrażeń, chociaż nic tego nie zapowiadało. Powodem była aura, którą określić trzeba w gatunkach humoru jako paskudną. Było chłodno, zupełnie nie tak, jak w piątek. Ta przypadłość nie stanowiła przeszkody, ale kapryśne deszcze. Nie miałem ochoty na spacery pod prysznicem, a do tego zimnym.
Od czegóż są goście! Oczywiście od spełniania kaprysów pacjenta. Zażyczyłem sobie przywiezienia parasolki i to uwolniło mnie od nudów szlajania się po długich korytarzach obiektu. Lekarstwo na opady przywiózł mi Witek, który wraz z babcią i rodzicami zjawili się u mnie popołudniową porą. Wtedy poczułem prawdziwą wolność i niezależność od kaprysów chłodnego maja, który nota bene dzisiaj kończy się definitywnie.
Dzięki zabezpieczeniu przed deszczem byłem w stanie skorzystać z atrakcji, które przygotował Salezjański Ośrodek Szkolno-Wychowawczy w Tarnowskich Górach w ramach pilniku rodzinnego. Jak okazało się takie zdarzenia były wczoraj nie tylko w Reptach, ale także w innych miejscach. Nadmienić muszę, że korzystanie z atrakcji pikniku nie polegało na zjeżdżaniu po dmuchanych ślizgawkach.