Impreza rodzinna przebiegła w miłej atmosferze. Raz było uroczyście, a raz wesoło. Było uroczyście, ale nie do tego stopnia, żeby powagą zamrozić uczestników, ani też wesoło na tyle, żeby zamienić powagę w groteskę. Pełen luz, a do tego dobre jedzenie.
W pewnym momencie dotarła do mnie wiadomość, że dwaj synowie mojej siostrzenicy byli na corridzie. Nic w tym nadzwyczajnego, bo na co dzień mieszkają w Hiszpanii, lecz ja wtedy wtrąciłem, że moim marzeniem było od dawna obejrzenia tego krwawego widowiska. Nie dlatego, że jestem zwolennikiem męczenia zwierząt, wręcz przeciwnie, stale dbam o ich dobrostan (wrr… ależ to niemile dźwięczący w uszach neologizm, nie lubię go!!!) i entuzjastą corridy już nie jestem jak dawno, dawno temu. Mam już 70 lat i mogę szafować zwrotem „dawno, dawno temu”, bo marzenia moje zaczęły się od momentu przeczytania opowiadań Hemingwaya. Jego styl pisania, dosadna narracja sytuacyjna wciągnęły mnie w klimat hiszpańskich realiów. Nieopatrznie powiedziałem, że także chętnie obejrzałbym corridę i stało się. Zostałem zaproszony do Hiszpanii, docelowo na walki byków. Jeśli tylko będę miał czas, to skorzystam z zaproszenia. Ostatnio moje marzenia spełniają się, co potwierdza moją zasadę, że należy mieć dużo cierpliwości.