Wyjście z problemów samochodowych mogła tylko wskazać wizyta i co za tym idzie diagnoza w serwisie. Okazało się, że prawdopodobnie moja VITARA stała się hotelem dla gryzonia. Co ja piszę! Nie prawdopodobnie, ale na pewno, bo przecież sam nie nadgryzałem przewodów i nie sikałem po alternatorze. Zaproponowano mi montaż małego straszaka pod maską. Taki rodzaj alarmu, który wydaje dźwięki i jest pewną gwarancją, że zwierzątko pójdzie gdzieś indziej, a gdzie? Zapewne do innego auta, ale to już nie moja broszka. Chyba, że upatrzy sobie samochód Agnieszki.
Miałem rację twierdząc, że konieczna jest konsultacja, przecież w sprawach mechanicznych liczyć nie można na cuda. Nic samo się nie naprawi, a jeśli jest chwilowa poprawa, to może być spowodowana uszczelnieniem dziurki brudem albo krótkotrwałym stykiem przerwanych przewodów. Nie mogę pozwolić, żeby jakaś żywa istota zdemolowała mechanizmy i naraziła mnie na większe wydatki niż ten dzisiejszy.