Jest wieczór, można powiedzieć, że późny, bo o tej porze roku szybko robi się ciemno. Za moment pożegnamy listopad, zacznie się ostatni etap rocznego wyścigu do wieczności. Nigdy nie ukrywałem, powtarzałem i będę to robił, że nie jestem miłośnikiem początkowych dni grudnia. Prawdopodobnie nie jestem odosobniony w tym poglądzie, bo krótki czas trwania słonecznego dnia źle wpływa nie tylko na moje samopoczucie.
Powinienem czymś rozweselić poszarzałe myśli, napisać jakąś kolędę, pastorałkę z odrobiną radości, a zarazem owianą nostalgią. Coś próbuję pisać, ale niestety smutek duchowości odbija się na sensie treści, nie kończę tekstów, bo jeśli mają mieć pointę dekadencką, to lepiej jest, żeby w ogóle nie powstały.
W całym tym marazmie jest jednak światełko nadziei. Czuję wewnętrznie, że dobrze kroczę w przyszłość. To nie jest bezsensowne wmawianie sobie poprawności, ale jakieś intuicyjne odczucie pozytywnej przyszłości. Prawdę mówiąc, nie mam powodów do narzekań, do rozpaczy kończącej się wyrywaniem włosów. Wszystko układa się po mojej myśli, jedynie jakiś smutek mnie trapi, niewytłumaczalna zła aura.