Nie mam pojęcia jak nazwać dzisiejsze zdarzenie. Czy był chichot losu, czy złośliwość zbiegu okoliczności? A może tylko niewielka groteska, która poruszyła monotonię codzienności.
Dwa tygodnie temu otrzymałem od lekarza rodzinnego skierowanie do badania krwi. Nie kryję, że mam zwykle swój pogląd na konieczność wykonywania takowych, ale tym razem dałem za wygraną. Korzystając z dnia wolnego w pracy postanowiłem udać się do laboratorium w celu oddania materiału z żyły. Nawet miło się ułożyło, bo pojechaliśmy rodzinnie, czyli Agnieszka też, bo w międzyczasie również odwiedziła przychodnię i skierowanie dostała podobne.
Pojechaliśmy nieco wcześniej, bo podobno zwykle kolejka jest dosyć długa i trzeba się naczekać. Jakież było zdziwienie, bo parking był pusty. Kolejki w przychodni też nie było. Nie mogło być, bo dzisiaj wyjątkowo laboratorium nie pracowało. Trudno, badanie nie zając, a jak wspomniałem wcześniej, całą hecę diagnostyczną traktuję z przymrużeniem oka. Jeśli nawet mam jakieś wskaźniki gorsze, to chyba mnie nie zabiją.