Śmieszna ta dzisiejsza niedziela, trochę inna niż zwykle, a to dlatego, że pracowałem od rana. Dawno już tak nie było, ale tygodnie porozdzielane dniami świątecznymi spowodowały kociokwik roboczy. Wróciłem dopiero na obiad, prawie wprost do stołu. Mieliśmy gości, a mianowicie Magdę, Patryka i najważniejszą osobę, czyli Witka.
Na podwieczorek przyjechali nasi ze Szczerbic i tak zapełniło się nieco nasze mieszkanie. Lubię ten gwar rodzinny, wspólne zabawy chłopców (zabawy należy rozumieć jako wygłupianie się), Witek chociaż najmniejszy, ale czuje się tak dojrzały jak Stasiu i Antek.
Cały czas żyjemy w świątecznej aurze, dojadamy potrawy i ciasta. Należy ten balast kaloryczny gdzieś spalić, więc pojechałem do Parku Repeckiego. Uzmysłowiłem sobie, że dawno tam nie byłem, chyba nawet kilka miesięcy. Obowiązkowo odwiedziłem szopkę u Salezjan, jest cudowna jak co roku, podkreśla prawdziwie świąteczną aurę.