Jest późny wieczór albo jak kto woli wczesna noc. Przed kilkunastoma minutami wróciłem z Tarnowskich Gór. Co tam robiłem? Kroki, tak pojechałem pospacerować po moim rodzinnym mieście, bo taką czułem potrzebę. Szymon przywiózł popołudniu Basię, głupio było zostawić wnuczkę z babcią i pojechać do siłowni. Przede wszystkim jednak chciałem dłużej pobyć z nią, bo jest kontaktowa, miła i chętna do zabawy. Efektem grania z Basią w chińczyka i w Piotrusia stało się to, że musiałem gdzieś rozładować zapas energii. Wieczorne spacery wzdłuż zbrosławickiej ulicy Wolności są nudne, a w mieście zawsze coś się dzieje, tak przypuszczałem. Nic się jednak nie działo, chociaż na dwie godziny przed ciszą wyborczą można było spodziewać się wzmożonej ostatniej fali propagandy. Tylko na słupie ogłoszeń przy parku jakaś grupka młodzieży kleiła plakaty, ale nie widziałem którego kandydata. Tym razem miasto nie jest zaklejone banerami, plakatami na kawałkach płyt pilśniowych.
Za moment, a dokładnie o północy zacznie się cisza wyborcza. Ta powszechna, bo moja trwa już od początku kampanii. Nie angażuję się w pogaduszki, debaty, a już wcale w chamstwo wyborcze. Jestem zbyt doświadczonym graczem, nikt mnie nie naciągnie na obiecanki cacanki. Mogę tylko liczyć, że jeśli wygra opcja liberalno, a raczej libertyńsko komusza, to będzie ich ostatni oddech.