Krótkotrwałe nawet osamotnienie w mieszkaniu ma bardzo dziwne skłonności, powiedziałbym, że wręcz z pogranicza czarnej magii. Nie wiadomo dlaczego robi się tu i ówdzie bałagan. Tu – czyli w garderobie, a ówdzie – czyli w kuchni. Pod wieczór siedzę zmęczony i dumam skąd to się wzięło tyle naczyń? Jaki trud mnie czeka, żeby doprowadzić zlew i okolice do porządku? Przecież jestem zmęczony całym dniem uganiania się za… No właśnie, z czym to ja się uganiałem, że jestem taki zmęczony? Nie, nie, nie! Całość nieporządku zostawię do jutra, bo i tak wcześnie wstaję, więc ochoczo zabiorę się do sprzątania! Ochoczo…? Już prawie uwierzyłem.
Prowadząc rozważania, teoretyzując, filozofując, sam nie spostrzegłem jak opróżniłem zmywarkę. Potem chyba chwila zamroczenia spowodowała, że brudne sztućce i naczynia znalazły swoje miejsce w tym wynalazku do automatycznego mycia. Musiałem mieć chyba drugi moment utraty świadomości, bo przecież jestem sam w mieszkaniu, nikt mi nie pomaga, a zakupione produkty przed dwoma godzinami, które po przyjściu zostawiłem na kuchennym stole, znalazły się na odpowiednim miejscu. Cud jakiś? Nie, samo się nabałaganiło nie wiem kiedy, to i samo się posprzątało, proste! A ja wcale nie czuję się zmęczony.