Pogoda niezbyt nastrajała dzisiaj do spacerów i w ogóle do chodzenia pod gołym niebem. Mokro, nieprzyjemnie zimno, ale nie ma się co dziwić, wszak data mówi wiele. Połowa maja, zimna Zośka, a do tego moka. Mnie taka pogoda nie odstrasza, nawet lubię chodzić z parasolem. Problem jednak jest, bo nie wolno mi zapominać o przebytej chorobie, którą lepiej nie wspominać i nie dawać możliwości remisji.
Spacery pod gołym niebem albo w ukryciu parkowej roślinności mają swój urok, nic nie zastąpi zmieniających się scen w naturze, żadna muzyka nie dorasta do brzmienia ciszy z lekka tylko przerywanej ptasimi trelami, bzyczeniem owadów.
Zupełnie inaczej spaceruje się na bieżni w siłowni. Pisząc o realiach powinienem stwierdzić, że nie jest to spacer, ale monotonne wykonywanie kroków, co nastawione jest na wykonanie określonego wysiłku. Plusem jedynie może być to, że jest możliwość poruszania się z zamkniętymi oczami i przeniesienie się w myślach do krajobrazu wybranego w imaginacji. Jest to jednak wątpliwy czynnik dodatni, bo przy odrobinie nieuwagi schodzi się brutalnie na ziemię, nieraz dosłownie. Mnie to jeszcze nigdy się nie zdarzyło, bo w porę otwarłem oczy i złapałem równowagę.