Przed kilkoma dniami, a chyba nawet kilkunastoma zanotowałem sobie pomysł napisania tekstu o samotności, którą spotykałem podczas wieczornego spaceru. Mówiąc dosadnie, uważałem, że to banał, że nie warto rozwijać tematu, bo wpadnę w bylejakość i tandetne skojarzenia. Dzisiaj wróciłem do pomysłu, ale opinii nie zmieniłem. Potraktowałem działanie jako lekcję wymuszonego pisania.
Wyszedłem na spacer i wpadłem natychmiast
W ramiona samotności wiatrem otwarte,
Pewnie będzie chciała mnie znów wykorzystać,
Ażebym wysłuchał jej skarg oraz zaklęć.
A na nocnym niebie od gwiazd aż się roi,
I Księżyc się tuli do chmur poczerniałych,
Wiem, że mnie samotność raczej nie ochroni,
Kiedy idąc czuję się w świecie tak mały.
Kiepsko to wygląda, smętne dwie zwrotki, takie refleksje z niskiej półki. Chyba tego nie skończę, bo wątpię, że dojdę do oryginalnej pointy. Chyba, że wpatrzony w niebo uderzę głową w latarnię i zobaczę więcej gwiazd przed oczyma, niż tych na niebie, a samotność przyłoży mi zimny kamień do czoła. Właśnie, kamień! To tak jakby symbol kosmosu.