Po wizycie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie mam mieszane odczucia. To chyba jest najważniejsze. Nie, nie! Nie to, że są mieszane, ale że jakieś są. Przewodniczka kilkakrotnie powtarzała, że jest to wystawa niestała, co w moich uszach zabrzmiało jak tłumaczenie się z jakości artystycznej niektórych eksponatów. Oczywiście, oczywiście! Artyści wykonali dzieła oraz „dzieła”, ale czy niektóre z nich musiały trafić do stołecznej galerii?
Co do samego budynku, to wcale nie jest źle pomyślany, właśnie on sprawia wrażenie najważniejszego elementu nowoczesności. Reasumując – byłem, widziałem i mam swoje zdanie. Nikt ze mnie nie zrobi prowincjonalnego głupka, któremu należy tłumaczyć, co znaczy wybebeszone pokrycie podłogi samochodu i rzucone na to sparciałe uszczelki drzwiowe. Do takich dzieł faktycznie trzeba ideologii, ale ona do mnie nie przemawia. Nie przyjmę również pozy snoba snującego się wśród takiej nowoczesności. Większość prac wydaje się być efektem dekadencji, frustracji oraz depresji. Jeśli ktoś uważa, że w dziedzinie sztuk plastycznych utworzono tyle, że obecnie należy iść w kierunku zatracenia lub turpizmu, to niech się weźmie za faktyczną pracę, która przyniesie mu dochód.