Tym razem wypad do Wrocławia bardzo osobiście, bez spotkań, a przede wszystkim Agnieszka i ja. Wielu mieszkających tam znajomych to sami bardzo przyjacielskie osoby, ale nas napadła nostalgia i chcemy się spotykać tylko ze sobą i z Wrocławiem naszej młodości.
Pierwszy punkt na mapie nostalgicznej to cmentarz na Grabiszynie. Grób Ojca Agnieszki uprzątnięty, takie mamy czasy, że wiele spraw można załatwić internetowo. Zamówić usługę, poczekać na zdjęcie i potem zapłacić.
Wszystko jak dawniej, choć lata lecą,
Nagrobki stoją w przykładnym szyku,
Tylko napisy wyblakłe nieco,
I bardziej grube pnie żywotników.
Tak wymyśliło mi się, gdy stałem przy grobie. Coś pewnie dopiszę i powstanie nowy tekst.
Po cmentarzu pojechaliśmy zakwaterować się, odpocząć i napić się kawy. O 17:00 wyszliśmy do teatru. Scena Kameralna na ul. Świdnickiej wystawiała komedię „Czego nie widać”. Zwariowany spektakl, dobrze grany, ale mnie trochę przytłoczyło tempo akcji. Nie byłem duchowo przygotowany na takie granie w listopadowy wieczór. Tym niemniej sztuka warta obejrzenia.