Od rana… co ja piszę! Od wczoraj towarzyszy nam mgła. Raz gęsta, istna wata wodna zasłaniająca widoczność podczas jazdy, to znowu bardziej rzadka, ale także przenikająca aż do wnętrza człowieka.
Wokoło się z cicha panoszy,
Zalega na twarzy i dłoniach,
Przenika przez czapkę na włosy
I dusza jest całkiem zamglona.
Mgła… Smutek zimowo-jesienny,
Jak szara substancja depresji,
Inwazja przemyśleń zaklętych…
Procesja tych, którzy odeszli?
Nie idzie się, płynie się przez nią
Szukając nadziei w latarniach,
W mgle znikła brawura i pewność,
I humor jak liść suchy zmarniał.
Nie poddać się, cierpliwie czekać!
Odejdą wnet mgliste tabuny,
A mgła nie rozpuści człowieka,
Gdy Słońce rozświetli mój umysł.
Tak, miałem zamglony umysł, przyznaję, że resztki tego szarego aerozolu pozostały w głowie. Zmusiłem się do napisania czegoś, bo musiałem wreszcie uwolnić się od marazmu. Czytam tekst i dochodzę do wniosku, że bardzo dobrze widać to zmuszanie się.