Zaznacz stronę

Rano przed domem pożegnałem się z Mateuszem. Wczoraj przywiózł Stasia i Antka do nas na ferie zimowe. Nocował, ale wczesną porą pojechał do pracy akurat wtedy, gdy i ja wyruszałem. Żegnałem się z nim, a powitałem mglistą pogodę. Prawie cały czas jechałem przez zwały waty.

Pracowałem dzisiaj nad tekstami. Szarpnąłem nieco, tak – nieco tylko, chociaż wcale nie mało. Po jakimś czasie poczułem mglistość w głowie i niechęć do dalszego koncentrowania się nad tekstem.

Rozjaśnieniem mógł być jakiś tekst niezwiązany z poważnymi tematami, ale i tu zaczęło się robić mgliście, więc dałem sobie z tym spokój. Gubię drogę do pointy, rozmywa się sens:

Jest zapomniana uliczka

I ślepa niczym wyrostek,

Ludziom tu los dał w nos pstryczka

Pozornie wszystko jest proste.

Drogowy znak też ostrzega,

Że to jest ślepy zakątek,

Jakoby życiowa przepaść,

Bo bieda z nędzą się plącze.

Zapachy fruwają z murów,

Gdy obiadowa jest pora,

Skisłego barszczu lub żuru,

Ziemniaków i kalafiora