Zrobiło się cieplej, może to i lepiej… mimowolnie zrymowało mi się. Chociaż prawdę mówiąc, wcale nie narzekałem na minusowe temperatury. Teraz należy zakładać mniej odzieży… znowu rym, ja naprawdę tego nie planuję, jakoś tak samo wychodzi. Pewnie dlatego, że myśli szybko biegną i same wyszukują odpowiednich końcówek wyrazów.
Agnieszka ma się lepiej ode mnie, o tak! Pofrunęła do Hiszpanii. Popołudniową porą zawiozłem ją i Basię do Pyrzowic, stamtąd poleciały do Alicante. Niech chwile posiedzi i odpocznie od starego nerwusa. Ja za to będę mógł w pełni zapanować nad kuchnią. Poleciała Agnieszka z Basią, czyli moją siostrą, nie z Basią naszą wnuczką.
Już dzisiaj ugotowałem bigos. Zachciało mi się tak bardzo, że nie zwracając uwagi na to, że wonią kiszonej kapusty urozmaicę sobie niedzielną atmosferę w mieszkaniu. Ja marudzić nie mam zamiaru, pasuje mi ten aromat. Żeby było do kompletu w sprawie bigosu, muszę nadmienić, że późniejszym popołudniem brałem udział w przyjęciu urodzinowym Marty. Na kolację podano między innymi bigos. Nie wiem kto go robił, Kasia czy Szymon, ale był świetny. Oni oboje są mistrzami kuchni. Mój bigos też jest bardzo dobry, a który wyszedł lepiej nie ma znaczenia. Już kilkakrotnie stwierdziłem, że ta potrawa ma wiele odmiennych wspaniałości w smaku. Trzeba być wielkim „fenomenem kulinarnym”, ażeby wyprodukować bigos nie do zjedzenia.