Wstyd się przyznać, trudno jest odkrywać słabości, zawsze łatwiej jest chwalić się sukcesami albo nawet tylko o nich napomykać. Poniższy tekst jest jakby lament introwertyka, nie jest poparty moją rzeczywistością. Nigdy samotność nie sprawiała mi cierpienia. Znam mechanizmy przejścia do niej, ale pozbycie się też nie jest mi obce. Parę dni temu, a nawet kilkanaście napisałem początek i mnie zatkało. Zupełnie zatkało, bo nie potrafiłem, a raczej nie chciało mi się pisać. Tekst skończyłem i to z bólem przed godziną. W moim mniemaniu nie należy do najlepszych, bo wymuszony. Zawziąłem się, czy niedzielny spokój i swoboda myśli pozwoliła na postawienie ostatniej kropki.
Samotność
Samotność… jak ona ludziom jest wierna,
Niczym krzyż nad mogiłą zaniedbaną,
Jej obecności śmierć nie może przerwać,
Zresztą do siebie one czują słabość.
Samotność… jak losu uśmieszek krzywy,
Łzawe marzenie, dyskusje przed lustrem
Luz i beztroska zewnętrznie na niby,
A dusza jak pogłos w komnacie pustej.
Samotność… jak łatwo niemoc wywołać
I nie ma na nią zasobnej apteki,
Nie ma remedium, nie pomogą zioła,
Ani znachora oszukańczy przepis.
Samotność… jak odpływ morza o zmierzchu,
Równe połacie piaszczystego ładu,
Niby pozbycie się złowrogich przeszkód,
Ale bez ludzkiej obecności śladów.