Zaznacz stronę

Zakup nowego laptopa był koniecznością, ale czy koniecznie musiałem się tyle stresować w doprowadzeniu go do pełnej używalności? Jednoznacznie nie odpowiem na pytanie, bo w ogóle nie powinienem przyznawać się, że miałem niejakie problemy. Okazuje się kolejny raz, że jestem osobą z innej epoki, nawet także komputerowej, lecz nie tak nowoczesnej.

Będąc na studiach miałem pierwszy poważny epizod z komputerem, zresztą nie tylko ja, ale cała moja grupa. Lektoraty odbywały się w różnych wolnych salach rozsianych po całej uczelni. Nam przypadło mieć język angielski w budynku melioracji, chyba tak, a może geodezji, nie pamiętam. Były to dwa bloki połączone pasażem, z którego można było spoglądać na oszkloną salę służącą do budowania jakichś rzeczek i innych cieków wodnych.

Zapędziłem się w mało istotne wspomnienia odbiegające od tematu z zakresu informatyki. Wracam do lektoratu, który odbywał się w sąsiedztwie pracowni komputerowej. Pewnego razu pozwoliliśmy sobie na większą swobodę, na głośniejsze wymiany zdań połączone z wybuchami śmiechu. W pewnym momencie wyskoczyła na nas zdenerwowana pani w białym fartuch:

– Proszę się natychmiast uspokoić, bo pracujemy na komputerze. Jeśli to się powtórzy, to poinformuję dziekana o państwa zachowaniu. Mamy poważne sprawy do zbadania.

Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z komputerem i z informatyką.

Gdybym wtedy przyniósł taki laptop jak mój nowy a nawet ten stary i pokazał, co można z nim robić, pewnie uznany zostałbym za cudotwórcę. Dzisiaj za takowego uznałem Szymona, bo to, czego nie potrafiłem zrobić w nowym sprzęcie przez dwa dni, on to zrobił w dwadzieścia minut.