Pielgrzymkę do Włoch zapamiętam na długo, a wcale nie piszę tego z przekąsem. Były momenty słabszego bytowania, ale to nie powód, żeby wybrzydzać. Przeciwnie, traktuję je jako element podkreślający sens pielgrzymowania. Codzienne kolacje składające się z tych samych elementów, czyli pasty i reszty są może tradycją italską, ale nie będę z tego powodu sławił tamtejszej diety. Jeśli ktoś powie o ich kuchni, że jest pełna warzyw, jarzyn i owoców, to pęknę ze śmiechu. Chleba w takim znaczeniu jak nasz, chyba nie znają, częstują czerstwym pieczywem, w małych ilościach pokrojonych jak dla furmana.
W hotelikach też bywało różnie, czasem lepiej byłoby najpierw całe ciało oblać płynem do kąpieli, żeby wśliznąć się do wąskiej kabiny prysznicowej. Jednak jestem świadomy, że za niewygórowane pieniądze trudno spodziewać się super komfortu.
Trzeba przyznać, że obsługa zawsze miła, dająca z siebie wiele, żeby uzmysłowić nam piękno przebywania na Półwyspie Apenińskim.
A tego piękna nikt nie zakwestionuje, położenia geograficznego, widoków, niebywałej, często karkołomnie usytuowanej architektury. Przede wszystkim jednak historii w znaczeniu sacrum i profanum również. Przypuszczam, że jeszcze często myślami powracać będę do Włoch, a może nie tylko myślami.