Z Warszawy wróciliśmy przed północą, trochę zmęczeni, ale zadowoleni. Głównym celem wyprawy było Muzeum Narodowe, a konkretnie wystawa czasowa „ARKADIA”. Przedstawione dzieła łączy mit arkadyjski, czyli życie w krainie wiecznej szczęśliwości, na łonie natury, w środowisku wiejskim, w atmosferze miłości… powiedzmy, że miłości. Pozostawiam to bez komentarza, bo jest mało potrzeby. Same artefakty i to każdy, bez ideologii są niezaprzeczalnym majstersztykiem wartym obejrzenia… chyba lepiej byłoby napisać, że wartym konsumpcji zmysłowej.
Potem moment autentycznej konsumpcji w Fabryce Norblina. Wybór jedzenia w tym obiekcie to sztuka uniknięcia kulinarnego obłędu. Zjeść musieliśmy coś, bo czas był ku temu, żeby rzucenie na ząb pokarmu nazwać obiadem.
Kolejnym celem były Łazienki. Tutaj w Podchorążówce zwiedziliśmy wystawę czasową „Mattia Preti. Odkrywając barokowe tajemnice Malty”. Twórca zwany rycerzem z Kalabrii to jeden z ważniejszych włoskich malarzy dojrzałego baroku.
Zupełny zawrót głowy spowodowany obcowaniem z artyzmem trzeba było uspokoić dłuższym spacerem po starówce. W ciemnościach nie umknęła nam na Rynku dekoracja z okresu… Bożego Narodzenia. Rozumiem, tyle jest ważnych spraw, że nie ma czasu na sprzątnięcie. W końcu Warszawa, jak każde wiekowe miasto, jest jednym wielkim muzeum, a w muzeum niczego ruszać nie wolno.