Kilka dni temu nagryzmoliłem kilka słów tekstu, chciałem rozwinąć jakoś ładniej myśl, która przyszła niespodzianie na spacerze. Nie kleiło się to sensownie, więc dałem sobie spokój. Przed momentem, no może przed półgodziną, kiedy grzebałem w komputerowym brudnopisie poszukując innego napoczętego tekstu, zachciało mi się zakończenia poniższego utworu. Ponure i chłodne jak dotyk lutowego wieczoru.
Ku wieczności
Spacer… zbyt często odwiedzam cmentarze,
Coś mną kieruje, podświadomość pewnie.
Nie jest to miejsce moich skrytych marzeń,
Chociaż tam ptaki baraszkują śpiewnie.
Cmentarz… ponury, a spokoju pełen,
Tu z umarłymi spoczywają troski,
Gdzieniegdzie rośnie cyprys albo ziele,
Mury bluszczowe kaskady obrosły.
Pomnik… nagrobek i chłodna tablica,
Imię, nazwisko i daty wyryte
Tu można płakać, lecz się nie zachwycać
Tym, co pod warstwą gleby jest ukryte.
Idę… nade mną szepczą pacierz drzewa
Myślą się wspinam się po murze cmentarnym,
Jak bluszcz i czuję, że idąc dojrzewam
By mieć na wieczność kilka liter marnych.