Zaznacz stronę

Przez Gliwice przewijam się już od…? Liczę we wspomnieniach, zbieram historyczne fakty z życia mojego, a przede wszystkim najbliższej rodziny. Nie skłamię, jeśli podam rok 1966. Wtedy moja najstarsza siostra i jej mąż otrzymali mieszkanie w Wodzisławiu. Wtedy też, bodaj w zimie, zaraz po Bożym Narodzeniu jechałem do nich przez Gliwice. Wcześniej chyba w tym mieście nie byłem, przynajmniej nie pamiętam.

Te pierwsze kontakty gliwickie były związane z przesiadkami z czerwonych autobusów na niebieskie. Zawsze w tłoku, w swoistym zapaszku spalin, tapicerki z ohydnej ceraty i oczywiście przeróżnych woni ludzkich. Przecież tłok robił swoje, a niektórzy trącili piwkiem wypitym na dworcu PKS.

Późniejsze wspomnienia, to dojazdy do domu ze studiów, jakieś sporadyczne, bo częściej jeździłem z i do Wrocławia przez Opole lub Kluczbork. Wszystko to poszło w zapomnienie po zmotoryzowaniu się, obecnie rzadko przemieszczam się pociągami albo autobusami. W Gliwicach bywam w zupełnie innych sprawach, zupełnie niezwiązanych z podróżami. Chyba, że odprowadzam, czy zabieram kogoś z dworca.

Tak było właśnie dzisiaj. Zawiozłem moją siostrą, która gościła u nas kilka dni, a dzisiaj pojechała do Warszawy.

Zawsze podziwiam obecny stan dworca kolejowego w tym pradawnym mieście. Wokół niego dzieje się wiele, widać, że inwestycje prowadzone są z rozmachem. Dworzec już nie ma dawnego charakteru przechowalni i noclegowni dla podróżnych i błąkających się osobników. Jest czysto, spokojnie i nowocześnie. Jedne problem stanowią megafony. Za żadne skarby nie wiem, co rzężą. Komunikaty są niezrozumiałe i to nie tylko z powodu dykcji spikerki. Przede wszystkim megafony nadają się do… wymiany, bo gdyby one funkcjonowały należycie, to głos ludzki nie były zdeformowany. Nie rozumiem, dlaczego jeszcze nikt nie zareagował. Przecież zapowiedzi pociągów są po to, żeby pasażerowie wiedzieli, co się będzie działo na torach.

Widocznie jednak nie jest z informacją najgorzej, skoro udało mi się usadowić siostrę w pociągu.