Zaznacz stronę

Zakazy wstępu do parków i do lasów zostały zniesione, pomyślałem, że skoro jest weekend, to i ja zregeneruję siły witalne na łonie natury. Udałem się do Parku Repeckiego, bo już dawno tam nie byłem, a przede wszystkim nie widzę powodów, żeby jeździć dalej.

Jedyna trudność, którą podejrzewałem, to ta, że nie będę miał miejsca na parkingu. Wszak tyle słyszałem utyskiwań na niedogodności związane z pandemią. Na wszelki wypadek zaparkowałem przed kościołem w Reptach i uzbroiwszy się w wirusowe ochraniacze, szybko wszedłem w chłodny cień drzewostanu. Przesadziłem teraz, bo w ogóle było chłodno, a zwłaszcza na ścieżce wiodącej przez szczere pole. Wiało z całych sił, widocznie kończący się, ale znany z kaprysów kwiecień ma jeszcze coś do powiedzenia w sprawie pogody.

W parku doznałem szoku. Nie było nikogo, to znaczy przez dłuższy czas wędrówki nie spotkałem żywego człowieka. Nawiasem mówiąc – martwego też nie i całe szczęście dla mnie i dla hipotetycznego nieboszczyka.

Kiedy wreszcie zobaczyłem idącą z naprzeciwka wesołą rodzinkę, aż chciałem ich uściskać! Oni rozwiali moje wątpliwości w kwestii narzekania na zakazy. Nie uściskałem ich, bo wiadomo, nie wolno.

A ci, którzy tak bardzo chcieli przed tygodniem wyjść na spacer co robili? Pewnie ściskali się w domach.