Zaznacz stronę

– Mówił pan, że policja i straż miejska wiedzą, co tutaj będziemy robić przez noc. Awaria sieci wodociągowej, to nie jest partyjka szachów. Czego pan się boi, przyjdą sobie, zapytają co się dzieje i pójdą sobie.
– Niczego się nie boję – obruszył się Andrzej. – Mam przeczucie, że ktoś nas śledzi.
– Jakie „śledzi”? – zaśmiał się Waldek. – Śledzie są w beczkach, solone. Chociaż panu powiem, że teraz takich śledzi, jak kiedyś, to nie ma! Chamskie były, trzeba je było obierać z ości, ale smak miały lepszy, bo były rarytasem, a nie powszedniością. Teraz to człowiek nawet śledziami nie może się nacieszyć.
Hydraulik opowiadał o sprawach, które wydawały się Andrzejowi bezsensowne, odległe od ważnej misji, w której biorą udział. Całą intrygę nazwał misją, ale tłumacząc na język normalny, było to zwykłe złodziejstwo, chęć zrabowania cudzych kosztowności. Był nieco rozdrażniony sytuacją, że on artysta musiał zadawać się z kimś takim, kto prócz znajomości pewnej tajemnicy górował nad nim. Uzależnienie od innych, a zwłaszcza prostaków, uważał za porażkę życiową. Dlatego słysząc wypowiedź Waldka, zaczął go rugać.
– Co się pan przyczepił śledzi? Ja mówiłem o śledzeniu, a nie o rybach!
– Wyluzuj pan, na żartach się pan nie zna? Wspominałem dawne czasy, bo kucie w tym kiblu przypomniało mi romantyzm lat spędzonych w wojsku.