Zaznacz stronę

Rozdział 2

Jak dziecko

Poeta czuł się nieswojo, nie miał chęci do niczego i na nic. Marudził coś na ten temat żonie, ale ona zajęta w kuchni, zbyła go krótkim stwierdzeniem:
– Wyłażą z ciebie „Gwarki”, podobno taki kac trwa przez cały rok.
– Jaki kac, jaki kac!?- protestował. – Sama wiesz, że nie nie ma po czym.
– Przynajmniej przede mną nie tłumacz się jak dziecko. Właśnie dlatego skutki odczuwasz dotkliwe, bo nie ma czego żałować – stwierdziła, po czym usiadła z herbatą przed telewizorem dając do zrozumienia, że temat się wyczerpał.
Co biedny Poeta miał robić? Poczłapał przed swojego laptopa i najpierw poszperał w internecie, a potem rozpoczął nowy wpis w blogu.
„Żona z pewnością ma rację, że mój podły dzisiaj humor spowodowało świętowanie. Kilkudniowe zmieszanie w mieście, już nie jest dla starego, no powiedzmy – statecznego człowieka, żadną atrakcją. Chociaż dzieci miały ich sporo, a niektórzy dorośli też i to różnego kalibru. Wielu moich znajomych poczuło odpowiedzialność społeczną i dało się namówić do przemarszu w pochodzie historycznym.
– Panie Poeta, wy byści mogli iść w pochodzie – stwierdziła Kaniowa, kiedy na podwórku, przy laubie paliłem papierosa.
– Dobrze, dobrze! Znam te dowcipy o ośla dla Sedlaczka.
– Nigdy bych pana za osła niy miała, a wiycie czymu? – rzekła.
Czułem, że doda coś złośliwego:
– Bo z osła jeszcze idzie zrobić salami, a z wos już nic dobrego.
– Jest pani miła, jak zwykle. Pani za to mogłaby być królową Marysieńką, bo jesteście ten sam rocznik.
Jednego przyjaciela z branży literackiej dosięgnął zaszczyt przemarszu w roli Goethego. Może nie ma tylu lat, co niemiecki romantyk, może dorobek skromniejszy, ale zrobił więcej dla miasta i to właśnie takich jak on powinno się raczej promować. Goethe o naszym mieście stwierdził odkrywczo, że na takim zadupiu jest cywilizacja, więc my się tej cywilizacji nie wstydźmy. Zabawne jest, że kolega otrzymał wdzianko w rozmiarach jak na podlotka, zbyt małe i ciasne. Martwił się, że będzie wyglądać niekorzystnie.
– Musisz się skontaktować z którymś sztangistą, oni czasami zbijają dobrych kilka kilogramów, inaczej kroku nie zrobisz – pokpiwaliśmy z niego.
– Całe szczęście, że iść nie będę, ale z innymi pisarzami pojedziemy bryczką.
– No to kłopot z głowy, rozetniesz ubranie na plecach, tak jak się to robi nieboszczykom.
– Najlepiej niczego nie rób, jedź swobodnie w ciasnym ubraniu, niech wszyscy widzą, że jesteś poetą większym od Goethego – stwierdziłem, a potem zrobiłem unik, bo kolega zamachnął się na mnie szklanką.
Wielki niemiecki romantyk przebywał w Tarnowskich Górach krótko i jest małe prawdopodobieństwo, że pozostawił po sobie potomstwo, choć literaci lokalni mogą się czuć jego dziećmi duchowymi, to dziecięcych ubrań przywdziewać nie powinni.
Jeśli już o duchach mowa, to należy wspomnieć, że Kaniowa zbzikowała i twierdzi, że nasz dom nawiedza duch jej ojca, opy Lizonia i obarcza go odpowiedzialnością za zniknięcie psa naszego sąsiada. Ja w duchy nie wierzę…”
W tym momencie wyłączył się Poecie komputer. Mężczyzna zaklął pod nosem, bo nie był pewny, czy cały tekst został zapamiętany. Wysiadło światło na całej ulicy.
– Idę na podwórko na papierosa – poinformował żonę.
Robiło się już szaro, pogoda raczej nie sprzyjała przebywaniu na dworze, bo zawiewało chłodną mżawką, więc laubie nikogo nie było. Spokój, cisza i ciepły aromat tytoniowego dymu dawały Poecie pełnię relaksu. Pomyśleć, że jeszcze wczoraj panował tutaj rejwach jakich mało. Zeszła się bowiem spora część rodziny Kaniów na wystawnym obiedzie z okazji kolejnej rocznicy śmierci opy Francka. W któryś dzień tygodnia poprzedzającego Gwarki sąsiadki rozmawiały przy kawie w laubie na temat menu, które Kaniowa zaserwuje bliskim. Oczywiście zrobi rolady, a do tego całą tradycyjną resztę, bo wszyscy to lubią. A w szczególności jej kluski uwielbiają dzieci – te starsze i młodsze.
– Kluski som choćby dzieci przi roladzie, nojlepij, jak ich jest połno na talyrzu – stwierdziła Kaniowa.
– Pięknie to pani ujęła. Należy jeszcze dodać, że jedne kluski mają dziurkę, a inne nie – powiedział Poeta.
– Wom to yno jedno w gowie, jak kożdymu chopu – odparła Cila i dodała, że dziwnym trafem zawsze musi palić i podsłuchiwać, kiedy one o ważnych sprawach rozmawiają, jak taki zły duch.
– Przepraszam, nie wiedziałem, że kluski to jakaś ważna sprawa – ironicznie wyraził swoje zdziwienie, co Kaniowa skwitowała, że właśnie zrobienie ich jest sztuką, a nie jakieś pisanie wierszy. Poza tym, kluski każdy zje ze smakiem, a wiersze, zwłaszcza napisane przez Poetę są niestrawne.
– Sztuką jest także nie przesolić rolad – szydził Poeta. – Chociaż prawdę mówiąc powinna by pani zrobić na cześć ojca rolady a’la Lizoń.
– W se róbcie błoza zy mnie, lizoniwyj cery, on wos tyż kiedyś postraszy – Kaniowa pogroziła Poecie.
Tak rozmawiali w poprzednim tygodniu, a obecnie Poeta stojąc pod gołym niebem o zmroku, przypomniał sobie o groźbie Kaniowej. Sam nie wie, co go natchnęło, że podszedł po okna Cili i zaszczekał kilka razy. Efekt był natychmiastowy, otwarło się okno w którym ukazała się sąsiadka:
– Pieseczku, pieseczku pódź sam do pani – zwołała myśląc, że powróciła zguba.
– Mogę podejść, byle by mi pani nie dawała jedzenia na ziemi – rzekł Poeta, a ona odpowiedziała, że jest bez serca, ona martwi się, co zrobić i spać po nocach nie może.
– Jak dziecko, jak dziecko – skwitowała, a on faktycznie poczuł się jak dziecko, ale nie Goethego, lecz psa. Czyli jak szczeniak.