Zaznacz stronę

Morderstwo i zdrada, czyli Wrocław sensacyjnie

Weszliśmy do busa jako ostatni. Wcale nie z powodu spóźnienia, czy opieszałości, ale z prostej przyczyny wynikającej z trasy wycieczkowego wypadu. Tym razem grupa wycieczkowych muzealników kierowała się do Wrocławia, więc siłą rzeczy można było nas, czyli Agnieszkę i mnie zabrać sprzed domu w Zbrosławicach.
Z doskonałymi humorami powitaliśmy radosnych także współuczestników wyprawy i zostawiając za sobą siwy dym pomknęliśmy w kierunku stolicy Dolanego Śląska. Humor niech pozostaje dobrym, ale podskórnie coś mnie gryzło. Nie, nie! Żadnej choroby nie mam pod powłokami cielesnymi, tudzież w samej skórze, ani na niej pasożyta nie uświadczysz! Stwierdzenie powinienem wziąć w cudzysłów i chyba te właśnie przecinki zaczęły zdradziecko wciskać się w korę mózgową i powodować niepokój. Pierwsze oznaki przeczucia pojawiły się w momencie, kiedy Beata umieściła wpis na Facebooku zaczynający się tak:

„Kochani, nasza wyprawa do Wrocławia przybierze nieco kolorytu. Do postaci Michała Anioła dojdzie Eberhard Mock. A kim jest Mock???…”

Dla jednych jasne jest kim jest ta fikcyjna postać, a dla mnie zaczęły się rzeczywiste niejasności związane z naszą muzealną wycieczką. Głupie przeczucia? Przeczucia nigdy głupie nie są, nie należy ignorować instynktu. Głupotą jest nieostrożność, wybujała pewność siebie i oszołomienie okolicznościami. O tym wszystkim przekonaliśmy się już jadąc autostradą, kiedy to Agnieszka wyczytała z internetu, że…
– W dzisiejszą noc, doszło do makabrycznego morderstwa przed Uniwersytetem Wrocławskim – przeczytała tyle i zamilkła.
– Liczyłam na emocje, ale nie tego kalibru – powiedziała Beata. – A gdzie o tym wyczytałaś?
– W sieciowej plotkarni – padła odpowiedź.
W busie zapadła cisza, rozejrzałem się i zobaczyłem to, czego można się było spodziewać. Większość pasażerów wściubiła nos do modlitewników wyznawców internetu, żeby przeczytać litanię do św. Facebooka. Ja natomiast rzuciłem kilka zdań informacji:
– W słynnej fontannie na pl. Uniwersyteckim, pod nagim szermierzem znaleziono zwłoki mężczyzny. Ciekawe jest to, że został zabity szpadą, przekłuty był kilka razy. Policja podejrzewa, że dokonano brutalnej zemsty na domniemanym sprawcą kilku gwałtów. Jego ofiarami miały być studentki – powiedziałem, co wiedziałem, a z głębi autobusu usłyszałem pytanie:
– Skąd znasz tyle szczegółów?
– Jakie tam szczegóły, policja więcej nie chce podać.
– Dziwne – stwierdzenie doleciało do mnie z głębi pojazdu.
– Nic w tym dziwnego, prócz samego faktu bestialstwa – odparłem. – Znam jeszcze więcej faktów, ale niech się wam udzieli atmosfera z książek o Mocku.
– Janek, mówisz nam o czymś, czego nie można nigdzie w internecie przeczytać – skonstatowała Beata, a ja poczułem się nieswojo. Mało powiedziane, zrozumiałem, że w oczach współuczestników wycieczki stałem się podejrzanym.
– Chyba mnie nie podejrzewacie? – zapytałem.
– Oczywiście, że nie – stwierdzono gremialnie tak, że wcale nie było to dla mnie oczywiste.
Krótka przerwa w podróży na kawę i ewentualne zmniejszenie ciśnienia w podbrzuszu, nie była dla mnie przyjemna. Nawet moja żona odzywała się półgębkiem. Było mi strasznie przykro, ale potem, już we sensacja sięgnęła zenitu. Opuściliśmy pojazd udając się w kierunku docelowym, czyli pod Kolegiatę Świętego Krzyża. Zwykle wszyscy znajomi bardzo weseli, tym razem mieli nietęgie miny. Zwłaszcza, kiedy już pod kościołem podeszli do nas dwaj panowie.
– Państwo przyjechaliście z Tarnowskich Gór – powiedział nieco starszy i zaraz dodał. – Proszę nie robić zdziwionych min, po koszulkach mieliśmy was poznać, ale na początek przedstawmy się.
Ten starszy właśnie podał ich personalia wyciągając blaszkę, która powoduje zazwyczaj albo zimny pot, albo suchość w gardle.
– Komenda Policji Wrocław Śródmieście, chcieliśmy rozmawiać z panem Janem Drechslerem.
– To ja – zachrypiałem, a na twarzy poczułem wypieki.
– Dostaliśmy meldunek, że ma pan dobre wiadomości na temat wrocławskiej zbrodni.
– Taaak, ale…- głos mi się zawiesił.
– Nie ma „ale” prosimy na bok, na chwilę rozmowy – to powiedział młodszy. – Reszta wycieczki niech poczeka, może także będziecie potrzebni.
Beata i Agnieszka spojrzały na siebie, a ich usta wyszeptały dwa słowa, które nie pasowały do miejsca pełnego świętości, ale dobrze uwidaczniały ich emocje.
Moja rozmowa z policjantami nie trwała długo. Pięć, może sześć minut, po czym podeszliśmy do gromadki i ten starszy policjant powiedział ze szczerym uśmiechem:
– Dziękujemy temu komuś za obywatelski gest, ale pan Drechsler nie jest zbrodniarzem, ani nie uczestniczył z niczym złym. We Wrocławiu działa grupka osób w różnym wieku, które starają się uatrakcyjnić jeszcze bardziej pobyt turystom i organizują happeningi. Tej nocy doszło do prezentacji brutalnego mordu przed Uniwersytetem. Życzymy miłego oglądania kopii fresków sykstyńskich. Wszystko jest w porządku. – tyle powiedział i panowie poszli.
– Co jest w porządku! Nic nie jest! – krzyknęła Beata i dodała te dwa wyrazy, które przed chwilą wyszeptała z Agnieszką.
– Beata, daj spokój! – uspokajałem. – Takie jest życie. Raz na wozie, raz pod wozem. Nie tak dawno byłem podejrzanym, a teraz ja mam prawo podejrzewać was wszystkich.
– Mnie chyba nie podejrzewasz?
– Chyba nie, naprawdę daj spokój, czas leczy rany. Przenieśmy się w czasie i przestrzeni. Nie po niesnaski przyjechaliśmy tutaj.
Miałem satysfakcję, kiedy naraz wszyscy zrobili się mili. Każdy dawał mi do zrozumienia, że to nie on zakablował.
Kiedy zasiedliśmy w restauracji do obiadu, ale zanim podano, głos zabrała Beata. Zwróciła się do mnie:
– Co się stało, to się nie odstanie. Janek, przepraszamy cie za całe zajście. Nie wiem, kto jest Judaszem, ale zróbmy tak, żeby ten posiłek nie był ostatnią wieczerzą. Bardzo cię przepraszamy za posądzenia. Kto doniósł niech to zachowa dla siebie.
– Przeprosiny przyjęte, ale ja wiem, kto doniósł.
– Niemożliwe – cała wycieczka krzyknęła prawie jednocześnie.
– A jednak możliwe. To ja sam na siebie doniosłem. Beata chciała emocji podobnych do tych z książek o Eberhardzie Mocku, więc ja ma! I wy wszyscy też.
Wycieczka tym razem parsknęła śmiechem. Wiem, że uważają mnie za świra, ale nie aż za takiego. Cieszyło mnie gdy widziałem zadowolone twarze, przecież nie byli zdrajcami. Tylko Beata w pewnym momencie spoważniała.
– Śmiejmy się, śmiejmy! Sprawa wcale nie jest do śmiechu. Przecież bezpodstawnie powiadomiłeś organa ścigania. Bekniesz za to!
– Raczej nie, wszystko odbyło się zgodnie z prawem. A dlaczego? Bo od pewnego czasu należę do internetowej grupy pasjonującej się sensacją wszelkiego kalibru. Ten policjant też należy do niej, jego poinformowałem o wszystkim przez messengera. Pomysł wkręcenia was bardzo mu się spodobał, więc przyszedł razem z młodszym kolegą. Do dzisiaj znaliśmy się tylko z neta, a od dzisiaj osobiście.
– Wiedziałaś o tym? – Beata zwróciła się do Agnieszki.
– Ależ skąd!
– Obyś Janku miał tylko takie tajemnice – dodała Beata i rzuciła oko mojej żonie.
– Mam nadzieję! – w tym momencie Agnieszka zrobiła ruch ręką jakby chciała mnie palnąć mnie po głowie.