Zaznacz stronę

Kartofelek

Nie czuł się najlepiej. Tak, to chyba najlepsze określenie stanu zdrowia, bo niby nic go nie bolało, ale lekkie łamanie w kościach sprawiało rozdrażnienie i niepokój. No i głowa! Bolała, nie bolała? Sam tego określić nie potrafił.
– Zmierz sobie ciśnienie – powiedziała żona.
– Sama sobie zmierz! – odburknął.
– Już mierzyłam, mam niezłe.
– Też mam niezłe, czuję to bez mierzenia.
– W twoim wieku… – żona zaczęła, a on spojrzał jej prosto w oczy z niechęcią.
To ją wcale nie zniechęciło do opiniowania stanu zdrowia mężczyzny w wielu zbliżającym się do emerytury. Słuchając nie słyszał jej wywodów, zaczął się ubierać. Małżonka dopiero kiedy sapiąc zakładał buty zauważyła, że gdzieś się wybiera.
– A ty dokąd?
– Na spacer, lecz ty sobie nie przeszkadzaj, możesz mówić dalej.
– Jesteś okropny – powiedziała pokiwawszy głową.
– Wiem, Ameryki nie odkryłaś, na szczycie Mont Everestu też to nie jest zapisane – trzasnął drzwiami i tyle go widziała.
Na dworze było nijako, chyba dlatego też czuł się beznamiętnie. Meteopatą dotychczas nie był, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że młodzikiem nie jest, aura coraz bardziej będzie mieć wpływ na samopoczucie i zdrowie.
Szedł w górę ul. Zamkowej, niby niewielka różnica poziomów, a jednak zasapał się. Zaraz też wzmogło się tąpanie pod czaszką.
„Wstąpię do apteki” – pomyślał. Nie lubił się szpikować lekarstwami, środki przeciwbólowe stosował rzadko. Tym razem skapitulował, widok szyldu apteki na rogu dodał mu otuchy. Przyspieszył, zrobił kilka kroków i pośliznął się na czymś.
– Jaki głupek rozsypał tu ziemniak! – mruknął, a zaraz też przypomniał sobie, że jest w miejscu, które dawniej było Targiem Ziemniaczanym. Pochylił się, wziął do ręki jeden kartofelek. Dlaczego to zrobił? Pewnie odruchowo. Do pedantów nie należał, ale nie lubił walających się przedmiotów. Kiedy wyprostował plecy doznał dziwnego wrażenia, że nagle zrobiło mu się zimno.
Oczywiście, że musiało mu się zrobić zdecydowanie chłodniej, bo wokoło była zima! Śnieg na ulicy.
„Niedobrze ze mną, jak najszybciej muszę coś kupić w aptece” – myślał, ale zaraz zorientował się, że żadnej apteki nie widzi. Zresztą nie była mu potrzebna, bo ból głowy ustąpił, dobry humor powrócił, a to co widział rozbawiło go do łez.
Na placyku stał stragan z węglem, gdzie sprzedawano opał w workach, które zaraz były wciągane linami do mieszkań. Gromadka dzieciaków uganiała się na bosaka, inne ciągnęły węgiel na sankach. Ktoś siedzący na dachu domu z podcieniami rzucał samoloty z papieru. Niesamowicie go to rozbawiło, ale z drugiej strony poczuł się odpowiedzialny i krzyknął:
– Ej! Uważaj bo spadniesz! – krzycząc w górę zobaczył coś, co wprawiło go w osłupienie.
Między dachami zawieszona była lina w poprzek ulicy. Z jednej strony szykował się do przejścia linoskoczek ubrany w czarny żakiet i z cylindrem na głowie. Po przeciwnej stronie dla odmiany frywolna baletnica w krótkiej sukience. Tego mu było już za dużo.
– Co wy tu jakiś cyrk wyprawiacie! Chcecie się pozabijać! – zawołał, a trzymając stale w dłoni kartofel, rzucił nim w ich kierunku.
Zrobił to z takim impetem, że upadł na plecy w zwał śniegu. Odruchowo zamknął oczy, a kiedy je otworzył, ponownie krzyknął:
– Zwariowaliście, to nie jest śmieszne!…
– Ma pan rację, śmieszne to nie jest, ale cośmy się uśmiali przy tym całym pana nieszczęściu, tego opisać się nie da – słowa słyszał jak przez watę, a mówiła do niego pielęgniarka.
– Gdzie ja jestem? – zapytał drżącym głosem.
– Kochanie, spokojnie – to powiedziała żona siedząca przy łóżku. – Jesteś w szpitalu pod dobrą opieką. Przewróciłeś się na ulicy, jesteś po udarze mózgu, ale już jest dobrze.
Pielęgniarka zmieniała kroplówkę i uśmiechała się:
– Strasznie był pan miły. O mnie mówił pan, że jestem baletnicą, ładnie mnie pan urządził. Teraz wszyscy tak do mnie mówią. To jeszcze nie wszystko – tu parsknęła śmiechem.
– Ksiądz przyszedł do pana. Twierdził pan, że jest czarnym linoskoczkiem, ale baletnicy i tak nie zdobędzie idąc po linie.
– A gdzie jest mój kartofelek? – wyszeptał pacjent.
– O! Przypomniałeś sobie – żona była zdziwiona. – Podobno trzymałeś ziemniak, kiedy upadłeś na chodnik. Tak mówiła dziewczyna, która sprowadziła pomoc. Mówiła też, że to jest zaczarowany kartofelek, który pomaga jej w pracy twórczej. Musi być nieźle zakręcona.