Zaznacz stronę

Rozdział 1

W piątkowy wieczór

Siedzieli w cieniu parasola przed restauracją i w skwarze rozkoszowali się chłodnym piwkiem. Był piątek, wczesny wieczór, za nimi tydzień pracy, a w perspektywie sobotnio-niedzielny wypoczynek. Nie spotkali się przypadkowo, umówili się poprzez jeden z portali społecznościowych w internecie, że na tydzień przed „Gwarkami”, że dopną na ostatni guzik spotkanie dawnych koleżanek i kolegów z ogólniaka.
– Fajnie, że się spotykamy, ale prawdę mówiąc żadna to okazja, ani okrągła rocznica od rozpoczęcia nauki, ani od matury. Trudno było zebrać garstkę chętnych – powiedział Wojtek.
– Tak uważasz? A „Gwarki” to nie jest okazja? Czas magiczny dla miasta. Niby święto podobne do tych gdzieś indziej, ale przyznasz, że jest w nim pewna magia – Kazik najwyraźniej był innego zdania.
– Tobie jak widzę nie przeszło – Wojtek w tym momencie podniósł kufel
– Co mi miało przejść? – Kazik zrobił zdziwioną minę.
– Fantazjowanie o zdarzeniach niesamowitych w miasta i okolicach. Zawsze biło ci do głowy. Nie musiałeś nawet wpić piwa.
– Uważasz, że gdym przestał o tym myśleć, tego dociekać, szukać bodaj cienia wyjaśnienia, to do zdarzeń budzących grozę nie dochodziłoby?
– Myślę, że o takich sprawach dobrze się czyta, ale one są nierealne – Wojtkowi piana osiadła pod nosem.
– Aż tak? Ja bym je określił jako niewyjaśnione, bo realiów stwierdzić się nie da i dlatego są niesamowite. Niedawno znajomy z Rept opowiedział mi, co spotkało jego ojca, który pracował w wodociągach na „Adolfschachcie”. Mieli też gospodarstwo rolne i hodowali zwierzęta. Od pewnego czasu ktoś się włamywał do chlewa i podbierał prosięta. Dziwne było, że działo się tak mimo, że posiadali groźne i czujne psy, które nikogo na podwórko nie wpuszczały. Cała rodzina zaangażowała się w przyłapanie złodziej, ale nic z tego nie wychodziło. Dziadek czaił się na fiśli nad chlewem przez całe noce z kosą i cepem zagrzebany w słomie. Kiedy tam przebywał, nikt do zwierząt się nie dobierał, ale wystarczyło, że jedną noc spędził w domu i znowu znikał jeden prosiak. Ojciec znajomego dojeżdżał do pracy na rowerze. Kiedyś zepsuło mu się kółko i musiał iść pieszo, a że jest to kawałek drogi, więc wstał wcześniej niż zwykle. Wyszedł cicho na podwórko, żeby rodziny nie pobudzić i wtedy patrzy, a tu nieznany chłop jakiś bezczelnie z prosiakiem wychodzi z chlewa…
– Jak go widział, kiedy była noc? – przerwał Wojtek.
– Widocznie księżyc świecił, bo go zauważył i nie namyślając się zbyt długo złapał bata i śmignął złodzieja przez łeb, ten puścił prosiaka i uciekał. Psy do tej pory siedzące wystraszone gdzieś w budzie wtedy zaczęły ujadać. Znajomy mówił, że ojciec gonił złodzieja i dorwał przy jakimś stawie. Tam szarpali się, złodziej był silny, ale dostał raz z prawej, raz z lewej i w pewnym momencie potknął się, wpadł do wody i już nie wypłynął. Przeciwnik struchlał, bo złodziej złodziejem, ale człowieka zabić nie chciał. Wystraszony poszedł do pracy, bo czas był najwyższy. Całą dniówkę miał pełne gacie strachu. Po fajrancie próbował drągiem namacać ciało, ale bez sukcesu. Poszedł tam raz jeszcze po zmierzchu i wtedy ku jego zdziwieniu zobaczył jak ten, którego rano utopił siedzi sobie na brzegu stawu i gra bezgłośnie na skrzypkach.
– Co się gapisz, utopca nie widziałeś? – odezwał się śmiejąc.
– Jakoś mi się nie zdarzyło wcześniej – odpowiedział ojciec znajomego. – A na pewno nie widziałem utopca złodzieja.
– Nie wiem, co znaczy złodziej, biorę zwykle coś, co jest mi potrzebne. Świnki bardzo podobają się moim małym dzieciom…
W tym momencie Wojtek przerwał koledze parsknięciem.
– Bajki mi na dobranoc opowiadasz? A kiedy się to działo?
– Krótko przed wojną – odrzekł Kazik.
– Przed wojną wszystko było lepsze, co mi jeszcze wymyślisz?
– Masz rację, duchy i zjawy też były lepsze, łagodniejsze. Teraz stały się bardziej zjadliwe. Nie muszę wymyślać, to jest niesamowita rzeczywistość! Tam, gdzie biegnie ul. Sobieskiego ciągnął się Rów Blaszyński. Wyobraź sobie, że teraz, kiedy wykonują prace podziemne na rondzie, dokopali się do niewiarygodnego miejsca. Niby nic za dnia nie widać dziwnego, ale nocą wyłażą stamtąd stwory podobne z opisu do utopców. Widoczne gnieździły się tam przed wykonaniem kanalizacji miejskiej na początku ubiegłego stulecia.
– Fantazja twoja nie zna granic – powiedział – Utopce w kanalizacji, niebywałe! I co na to mówi twój psychiatra? Gorszych pierdół już wymyślić nie potrafisz?
Kazik puścił mimo uszu złośliwą uwagę, Nie przejmował się tego typu odzywkami.
– Wiesz co, Rów Blaszyński nie zawsze był ściekiem. Możliwe, że przed laty był małym potoczkiem z którego mieszkańcy miasta zrobili sobie dla wygody odpływ nieczystości. Natomiast wiem z pewnego źródła, że te należy uważać na utopce wychodzące z ronda. Są paskudnie złośliwe, jeśli dostaniesz od nieznanej osoby coś wilgotnego w nocy, to miej pewność, że następnego dnia coś się dziwnego wydarzy.
– O, coś wilgotnego? A co to mogę wilgotnego dostać, powiedz mi? Nie mam takiej wyobraźni jak ty. Może bezdomna, azjatycka emigrantka poprosi mnie o zmianę pieluchy u jej głodnego potomstwa?
– Kpij sobie dalej, nie życzę ci przygody ze zjawami, ale wspomnisz jeszcze moje słowa. Nie daj Bóg, żeby to były pieniądze, bo stracisz fortunę!
Wojtek specjalnie się nie przejął, ale gęsia skórka pojawiała się na jego przedramieniu. Pomyślał wprawdzie, że to z powodu chłodu, bo wieczór już był raczej późny. W głębi duszy jednak musiał przyznać, że usłyszane bzdury zrobiły na nim wrażenie.
– Żeby uniknąć niesamowitej przygody, będę się ewakuował, rodzina czeka, wprawdzie dzieci nie płaczą, bo są dorosłe, wnuki siedzą przy internecie i też na płacz nie mają czasu, ale spać się chce.
– Jak wrócisz? Masz jakiś autobus?
– Nie przejmuję się tym, wezmę taksówkę. Za tydzień widzimy się – powiedział i każdy poszedł w swoją stronę.
Wojtek przyjechał taksówką pod dom, zapłacił, a kiedy otrzymał resztę wzdrygnął się.
– Nie chcę tych pieniędzy, są mokre – krzyknął i rzucił się do ucieczki.
– Kurcze jakiś głupek!- mruknął taksówkarz – Teraz ludzie są jacyś wrażliwi trochę wody mineralnej rozlało mi się w aucie, pomoczyło walutę i już tak się zachowują jakby zjawę zobaczyli.