Zaznacz stronę

Rozdział 3

Zwierzęta i ludzie

Poetę gnębiło ogromne pragnienie. Siedział przed komputerem i nie potrafił się skupić z tego powodu. Dopiero spory łyk złotego trunku doprowadził go do jako takiej normy i mógł pisać swojego bloga:
„Sąsiadka Cecylia Wipich z parteru obraziła się na mnie, nie odzywa się w ogóle, ignoruje moje chęci nawiązanie dialogu, a nawet nie odpowiada na moje pozdrowienia. Jej koleżanka wprawdzie nie miała powodów, żeby się obrażać, ale w ramach kobiecej solidarności też podchodzi do mnie z rezerwą. Wiem, że postąpiłem głupawo, ale skąd zaraz taka alergiczna reakcja?
– Tylko sobie zażartowałem! Nie wiedziałem, że zwierzęta mają taki wpływ na psychikę – zwierzałem się żonie.
– Są ludzie inni niż ty, lubią przebywać ze zwierzętami, a samotni przywiązują się stokroć mocniej. Czworonogi mają przeogromny wpływ na ich zachowanie i życie – tłumaczyła moja małżonka, która jako pedagog wie wiele więcej na temat ludzkich charakterów.
I teraz myślę sobie, że miała rację. Na ten przykład w sierpniu, łączyły mnie z Kanią potajemne kontakty związane z handlem ogórkami, on mi je dawał za określoną ilość piw. Poznałem wtedy na ogródkach działkowych jednego z koleżków sąsiada z parteru, który dzięki zwierzętom został wybawiony z nałogu. Opowiadał, że pracował kiedyś w rzeźni drobiu. Wypatroszenie kilkunastu tysięcy ptaków jest niemałym wysiłkiem, więc jak tu się nie napić! Przez całą dniówkę wykonywał specjalnym narzędziem ruchy zbliżone do gestu dźwigni wykonywanej przy otwieraniu piwa. Z tego powodu nabrał awersji do piwa i konsumował tylko mocniejsze gatunki wyskokowe, co po pewnym czasie zakrawać mogło na lekką przesadę. Kiedyś ubijali przez cały miesiąc brązowe kury, nioski. Pod koniec miesiąca przywiezione zostały białe i chłop myślał, że dopadło go już delirium. Uciekł z zakładu i nawet po wypłatę nie poszedł.”
Poeta przerwał na chwilę pisanie. Zrobił kolejny, potężny łyk piwa. Ożywcza, zimna gorycz rozpłynęła się mile po wnętrzu. Pomyślał, że tak właściwie nie można stwierdzić, iż nie lubił zwierząt. Właśnie dlatego ma pragnienie, że obżarł się na obiad wieprzowiną. To konsumpcyjne lubienie nie jest oczywiście bezgraniczne, bo przecież piwa z muchą nie wypiłby za żadne skarby. Jego szwagier odwrotnie, zjada robaczywe owoce, jasna sprawa, że tylko miąższ nienaruszony przez żywego lokatora.
– Robak jest świadectwem zdrowia owocu, widać gołym okiem, że nie jest pryskany środkami chemicznymi, bo przecież żyjątko zdechłoby – twierdzi szwagier Poety. – Ale z drugiej strony patrząc, mucha, która utopiła się w piwie jest też świadectwem na jego pozytywne walory. Gdyby piwo było złe dla żywego stworzenia, owad nie dałby się skusić do zabójczej kąpieli.
Dzwonek u drzwi przerwał Poecie rozmyślania. Okazało się, że to były sąsiadki z parteru i… pies Policmajstra.
– Panie Poeta, Policmajster nie żyje! – zawołały chóralnie.
– A skąd to wiecie? – zapytał zdziwiony i wstrząśnięty Poeta.
Zaczęły opowiadać jedna przed drugą, całe zdarzenie. Doszły do wniosku, że dłużej nie mogą ukrywać przed Wołaczem, zaginięcie psa. Wybrały się więc dzisiaj do szpitala na odwiedziny. Zabrały ze sobą całą kupę jedzenia, bo po pierwsze wiadomo powszechnie, że szpital nie jest restauracją o wyszukanym jadłospisie, a po drugie, miały zamiar powiadomić sąsiada o ucieczce pupila i jakoś chłopa udobruchać. Jakież był ich zdziwienie, kiedy przed szpitalem zostały powitane przez psa Policmajstra. Łasił się do Cili i obskakiwał ją.
– Ten pies musi was znać – odezwała się pewna pani przechodząca akurat obok, chyba jakaś pracownica placówki.- Innych ludzi omija szerokim kołem. Wszyscy go dokarmiamy, ale do nikogo nie ma ufności.
– Toć, co go znomy – krzyknęła Cila – to je mój pies.
W tym momencie stwierdzić można, że ich misja się skończyła, ale skoro już były przed szpitalem, skoro wykosztowały się na prezenty dla Wołacza, to wypada pójść się zapytać, jak się czuje. Kiedy przed oddziałem szpitalnym zapytały pielęgniarkę gdzie pacjent leży, usłyszały te słowa:
– Pan Wołacz pożegnał się ze wszystkimi już dzisiaj, a poza tym do południa odwiedzin nie ma, więc…
Dalsze słowa rzucone były w powietrza, bo Kaniowa i Cila zrozumiały, że Policmajster umarł. Czmychnęły czym prędzej do domu zabierając ze sobą psa.
– Jaki był, taki był, ale szkoda chłopa – stwierdził Poeta – świeć Panie nad jego duszą.
– A my momy do wos, panie Poeta tako sprawa – zagaiła Cila, a potem krótko streściła cel ich wizyty.
Otóż obie mają pewne wyrzuty sumienia wobec sąsiada, ale Cila szczególnie, bo przed jego śmiercią nienależycie zadbała o powierzonego jej psa. Dlatego zwracają się do człowieka pióra, żeby napisał nekrolog do prasy od sąsiadów. One pokryją całe koszta, a Poeta będzie mógł zrewanżować się za głupie żarty.
– Pewnie, że to zrobię, proszę poczekać, zaraz zejdę z tekstem – rzekł Poeta.
Po kilkunastu minutach wszystko było gotowe i sąsiadki siedzące w laubie miały kartkę, a Cila czytała na głos tekst. Kiedy doszła do słów:
– …świętej pamięci Jerzy Wołacz… – ktoś w korytarzu odezwał się.
– Nie za szybko moje panie? – usłyszały znajomy głos sąsiada z piętra.
Kaniowa już myślała, że to kolejny, po jej ojcu umrzyk zaczyna straszyć w kamienicy, ale nie! Był to Wołacz we własnej osobie, zmarniały, wychudzony, ale żywy. Okazało się, że kobiety źle zinterpretowały słowa pielęgniarki, Policmajster żegnał się z wszystkimi, bo wychodził ze szpitala. Pies aż się posikał ze szczęścia na jego widok, a pan głaskał go i poklepywał. Kiedy tak bawili się, Cila zauważyła różnicę w kondycji pasa i rekonwalescenta i już chciała wtrącić złośliwą uwagę, że psy pod szpitalem mają się lepiej niż ich właściciele w środku, ale ugryzła się w język, bo przecież sama nie zachowała się należycie, a Policmajster chociaż chudy, ale żyje.