Zaznacz stronę

Byłem dzisiaj w Gliwicach na spektaklu dyplomowym moich młodszych koleżanek – artystek. Tak mi się przypomniał mój kolega z grupy

Dwa kare konie ciągną karawan po wyboistej drodze na cmentarz. Piękny górski krajobraz w minorowej tonacji pogrzebu młodego człowieka. To jest dzisiaj, a dwa tygodnie temu….

Rzuciłem podręcznikiem – głucho upadł na akademikowy tapczan. Dopiero piąta popołudniu, tyle jeszcze można zrobić, a ja jestem zmęczony. Jest wiosna 1978 roku, chce się żyć, poznawać piękno świata, nie tylko z wykładów anatomii zwierząt domowych i z podręcznika biochemii.
– Mam tego dosyć …- powiedziałem dodając kilka wyrazów ze zbioru potocznie chamskiej mowy.
– No nie wiem, niech się pan zastanowi nad przyszłością – odezwał się ironicznie Zbyszek naśladując głos dziekana.
– Ktoś musi sprzątać ulice. Lepiej być dobrą sprzątaczką, niż złym lekarzem – usłyszałem głos Leszka zza zeszytu, a potem przytłumiony śmiech. – Repetitio est mater studiorum.
– Zamknij ryja i się ucz, bo to ciebie skreślą, kujonie! – warknąłem. – Idę na uczelnię, popatrzeć jak zdają trzeci z biofizyki. Mam w dupie biochemię, całe jutrzejsze kolokwium oraz wszystkie aminokwasy. Jak pomyślę, z czego jestem zbudowany, to zaczynam czuć wstręt do siebie.
– Tu jesteśmy jednomyślni! Ja też czuję wstręt do ciebie! – Zbyszek ryczał ze śmiechu i dodał:
– Kup coś na kolację!
– Odwal się! Nauka powinna ci wystarczyć.
Mieszkanie we wspólnym akademickim pokoju wyzwalało specyficzne poczucie humoru. Sprawiała to ogłupiająca atmosfera ciągłego kucia, codziennego napięcia, że coś spowoduje skreślenie z listy studentów. Czasem wydawało się, że naukowcy chcą się tylko popisać swoją wiedzą przed młodymi ludźmi. Jak i kiedy studenci zakończą edukację, to dla nich chyba nie miało większego znaczenia. Były przecież wytyczne – 180 zaczyna pierwszy rok, a na drugim ma być 120. W tym 20 powtarzających, więc nawet tępak matematyczny szybko policzy, że powinno wylecieć 80 pierwszaków. Stres powodował czasem dziwne zachowania.
Akademik był blisko uczelni. Kilka minut spaceru i znalazłem się przed Instytutem Biofizyki. W porównaniu z nieszczęśnikami zdającymi tam trzeci termin byłem człowiekiem sukcesu. Semestr miałem zaliczony. Przy drzwiach spotkałem Janusza, kolegę z grupy. Palił papierosa, miał taką minę, że wiedziałem wszystko, oblał.
– Na koniec powiedział mi, że mam szanse zdać komisyjny – w jego głosie dźwięczała nuta nadziei.
– Chodź na piwo – zaproponowałem.
– Nie. Idę się uczyć. Tak prędko mnie nie wezmą.
Skrzypnęły drzwi, wyszedł Adam, jeszcze trzęsły mu się ręce, niezgrabie poprawiał zieloną okładkę na indeksie. Też wiedziałem wszystko.
– Jak ci poszło? – spytałem grzecznościowo. Tylko wzruszył ramionami.
– To już koniec – wyszeptał.
– Nie zaproponował ci komisu? – zachrypiał Janusz.
– Zaproponował, każdemu proponuje, ale to już koniec. Co mam robić? Czego się uczyć? Jutro kolokwium z biochemii, pojutrze z histologii, a w poniedziałek z anatomii.
– Nie pieprz Adam głupot! Ty jeden jesteś w takiej sytuacji!? – coś paplałem, ale moje argumenty lepiej trafiały do zimnych ścian, twardych futryn, niż do jego uszu.
Janusz palił następnego papierosa. Nie wtrącał się do moich wywodów. Przecież on właśnie był w takiej sytuacji. Gdy pożegnaliśmy się z Adamem, Janusz odezwał się:
– Chodź na piwo, zmieniłem zdanie – dodał do tego rozbrajający uśmiech. – dzisiaj już nic nie zrobię.
Następnego dnia Adama nie było na zajęciach. Popołudniu dowiedzieliśmy się, że leży w szpitalu w ciężkim stanie. W nocy, u siebie na stancji wstrzyknął sobie dożylnie Morbital – środek do eutanazji zwierząt. Na pewno zwinął go z lecznicy dla zwierząt, w której pracował jego ojciec. Biedak zbyt prędko stracił przytomność, strzykawka wypadła mu z dłoni, żył. Próba się nie całkiem się udała. Cierpiał, nam nie wolno było go odwiedzać. Dochodziły do nas jedynie niepewne informacje, aż któregoś dnia, przed sprawdzianem z anatomii …
– Adam nie żyje – tę wiadomość przyniósł jego najbliższy kolega. Co się działo można łatwo się domyślić. Sprawdzianu nie przełożono, bo co to mogło zmienić? Tak przynajmniej twierdziła pani doktor i miała rację. Wykute na blachę łacińskie nazwy narządów wewnętrznych pisało się mechanicznie. Siedzieliśmy za prosektoryjnymi stołami, z oczami pełnymi łez. Tym razem nie od gryzącej oczy formaliny, a Irce koleżance siedzącej naprzeciw mnie wielkie grochy kapały na kartkę.
– Adam też ma dzisiaj sprawdzian – szepnąłem do Janusza i spojrzałem do góry.
– Nie zazdroszczę mu. Trzeba trzymać za niego kciuki – odparł.
– Panowie proszę się nie kontaktować – zrugała nas pani doktor.

…Dwa kare konie stanęły przed bramą cmentarza. Pachniało świeżą ziemią. Była wiosna, chciało się żyć.