Zaznacz stronę

Rozdział 47

W środku lata

Popołudniową porą dwóch sąsiadów spotkało się na schodach.
– W środku lata czuję się jak ogórek w mizerii – powiedział Policmajster.
– To znaczy jak? – zapytał Poeta, bo niezbyt zrozumiał porównanie.
– Niby w śmietanie powinno mu być dobrze, ale jest cały posiekany. Kto konsumuje uroki lata, ten jest zadowolony, wszystko widzi apetyczne, ale dla ogórka sezon ogórkowy to koszmar – wytłumaczył sąsiad.
– Pierwszy raz słyszę, że były milicjant nazywa się ogórkiem. Kiedyś za komuny na oficerów politycznych mówiono: arbuzy. Niby, że w na zewnątrz zielony, a w środku czerwony – kpił Poeta.
– A ja, panie sąsiedzie były milicjant jestem jak ogórek. Na zewnątrz zielony, a we wnętrzu biały i wodnisty, tak się czuję w środku lata – rozczulał się na sobą Wołacz.
– No tak, ale w końcu ląduje pan w śmietanie i to się liczy. A może jako ogórek uda się panu jeszcze lepiej i ukisi się pan na cztery lata kadencji w sejmie? Swoją drogą poetycko się pan wyraża, może powinien pan zacząć pisać – podpuszczał go Poeta.
– Może, może. Jakbym coś napisał, to zaraz panu się pochwalę, chociaż nie śmiem sięgać do sfer pańskiego natchnienia i lekkiego pióra – odparł sąsiad uszczypliwie i panowie rozeszli się każdy w swoją stronę, Policmajster z psem na podwórko, a Poeta do mieszkania na obiad. Kiedy otwierał drzwi, Pani Zgubeck wychodziła z dwiema walizami.
– Na wczasy pani jedzie w środku lata? – zapytał Poeta.
– Niy do Caritasu ida – odparła. Okazało się, że wynosi dwie wielkie walizy ubrań do których się już nie mieści. Widocznie skapitulowała w środku lata i zrezygnowała z prób odchudzenia swojej doczesności.
Poeta pod wieczór pisał bloga i też utyskiwał na środek lata:
„Takiemu Policmajstrowi wydaje się, że mam natchnienie na zawołanie i lekkie pióro! Pomijając to, że obecnie piórem się nie pisze, lekkość mojej ręki jest ostatnio zjawiskiem rzadkim. Najczęściej walę po klawiaturze komputera ciężko jak niedźwiedź i wynik jest mizerny. Mizerny… mizeria… ogórki i ich zakichany sezon! Lato dla jednych jest czasem relaksu, dla innych stresu. Dawnymi czasy, nie było tak rozbudowanej komunikacji internetowej, a nabór na studia wyglądał całkiem inaczej. Jeśli młody człowiek zdający egzamin na wyższą uczelnię chciał poznać wyniki musiał cierpliwie czekać aż wywieszą je przed dziekanatem. Mój kolega myślał, że im prędzej dowie się, jak mu poszło, tym prędzej będzie miał spokój i będzie mógł wyjechać gdzieś w Polskę. Pofatygował się na uczelnię wczesnym rankiem i trafił akurat na moment, kiedy wieszano listę nazwisk zatytułowaną: wyniki egzaminu. Zaaferowany szukał swego nazwiska i niestety nie znalazł. Wściekły na cały świat wtargnął do dziekanatu żeby odebrać swoje papiery. Kobiety zapytała się, czy na pewno wie, co robi? On przytaknął i już miał podpisywać pokwitowanie odbioru, kiedy ciekawa pracownica ponownie zapytała, dlaczego w takim momencie rezygnuje ze studiów, więc kolega powiedział, że nie widział siebie na liście.
– Niech sobie pan jeszcze raz tę listę przeczyta – rzekła pani, więc poszedł.
– Sprawdziłem, nie ma mnie! – mój kolega był niepocieszony.
– Niech pan nie czyta nazwisk, ale nagłówek!
Kiedy przeczytał, zdrętwiał i poczuł zimny pot na plecach. Była to lista studentów, którzy zdali egzamin z jakiegoś przedmiotu prowadzonego przez dziekana.
Nie wszyscy mają takie szczęście, że w porę ich ktoś o strzeże przed czyhającym niebezpieczeństwem. Moi znajomi, którzy wyemigrowali do Niemiec odwiedzali rodzinę na Śląsku. Jechali sobie furgonetką po wiejskiej, krętej drodze i niestety nadziali się na kombajn zbożowy. Ludziom nic się nie stało, auto też zbytnio nie ucierpiało, oprócz przedniej szyby. Po dokonaniu wszelkich formalności pojechali dalej, a kiedy znaleźli się w rejonach miejskich, któreś z nich zauważyło strzałkę z napisem: szyby zachodnie. Skręcili w tę ulicę i za moment znaleźli się przed bramą, na której wisiał napis oznajmiający, że są to szyby zachodnie jakieś kopalni.
Pomylić się zawsze można, mi także się ostatnio zdarzyło, kiedy wracaliśmy z krótkiego wypoczynku. Jechaliśmy nocą i oczy już się kleiły, dlatego na jakiejś stacyjce benzynowej chciałem sobie kupić w automacie kawę. Niestety nie mieliśmy drobnych, a ekspedienci też zaklinali się, że nie mają. W końcu żona wyłuskała gdzieś z dna torebki odpowiednią kwotę, wrzuciłem monety do dziurki i nacisnąłem guziczek. Widocznie nie po tej stronie napisu, co trzeba, bo zamiast upragnionej kawy automat poczęstował mnie rosołem! Na wszystko trzeba uważać, a zwłaszcza w środku lata, kiedy życie toczy się innym tempem.”
W tym momencie Poeta przerwał pisanie, co zachciało mu się kawy. Wiedział, że jeśli sam sobie ją zrobi, to z pewnością w kubku nie znajdzie rosołu.
Przygodę z automatem do napojów przeżył także Kania, a zaczęło się tak:
– Mój chop się chyba starzeje cołkiym. Łyko te pile i nic mu niy przechodzi – powiedział Kaniowa do Cili pewnego dnia lubie.
– Czymu łon do doktora niy pódzie? – sąsiadka rzuciła pytanie retoryczne i miała rację, każdy w stanie Kani dawno udałby się do lekarza. A stan jego zdrowia był taki, że póki konsumował lekarstwa kupione w sąsiednim sklepie, bolało go w krzyżu mniej. Pewnie skorzystałby z porady, ale rzadko po przychodniach chodził i brak mu obycia, więc się wstydzi zapytać o cokolwiek. Taki już z niego jest dziwoląg. W końcu Kaniowa postraszyła go, że jeśli się za siebie nie weźmie, to duch opy Francka upomni się o niego. Chłop wystraszył się i poprosił jednego z bardziej rozgarniętego kolesi, żeby poszedł z nim tam, gdzie trzeba. Kolejka do lekarza rodzinnego była dosyć długa, więc kupili sobie w automacie kawę. Kania przy całym życiowym pechu nawet jej nie skosztował, bo usłyszał swoje nazwisko z gabinetu, dlatego oddał plastikowy kubek koledze, a ten powiedział, że idzie na zewnątrz zakurzyć i tam będzie czekać na ławce. Po kwadransie Kania zjawił się z plikiem recept i skierowań. Stojący na ławce kubek podniósł bez słowa do ust, zrobił dwa łyki, odstawił, a potem zapytał kolegę, dlatego on trzyma czapkę nad kawą?
– Żeby ci ptok drugi roz nie narobioł do kawy – odpowiedział tamten.
Kania wyskoczył jak z procy! Wylał zawartość kubka w krzaki, a sam zwymiotował.
Kolega uspokoił go, że nie wypił zanieczyszczonej kawy, lecz nową i niepotrzebnie Kania robi zamieszanie.
– Jak chcesz, to ci kupia jeszcze jedna – zaproponował kompan, ale Kani odechciało się kawy i tylko wstrząsnął się z obrzydzenia.
Poeta popijał kawę bez żadnej niespodzinki i wyczytywał coś z internetu, kiedy odezwał się dzwonek u drzwi. Był to Policmajster z… wierszem.
– Przeczytam panu, co stworzyłem – zaproponował, a Poeta zgodził się, chociaż nie miał zbytniej ochoty.
– I co? Jak? – po nieudolnej recytacji Wołacz czekał na komentarz.
– Niezłe, ale mógł pan przepisać całość wiersza.
– Kurcze blade! Zorientował się pan, a ja chciałem zrobić panu głupi kawał w rewanżu za tę cudowną wodę!
– Faktycznie głupi, ale nie wiem, czy kawał, czy pan, bo przepisał pan wiersz z mojego tomiku! – Poeta parsknął śmiechem. – Trzeba uważać na wszystko w środku lata.