Zaznacz stronę

Jeździec na miedzianym koniu

Andrzej wrócił do domu bardzo późną nocą, można się spierać, czy to przypadkiem nie był wczesny poranek. Po długiej podróży czuł się bardzo zmęczony, bo najbardziej nawet komfortowe auto daje nieźle w kość po tak wielu godzinach w nim spędzonych. Resztę nocy przespał snem ciężkim i pełnym dziwnych snów, wstał jeszcze bardziej zmęczony niż się położył. Doszedł więc do wniosku, że sobotni dopołudniowy czas spędzi na pływalni, a przede wszystkim w saunie. Nic mu tak nie zregeneruje sił jak kilkadziesiąt minut w temperaturze piekła.
Jak pomyślał, tak zrobił. Siedział więc sobie na górnej ławce wylewając z siebie siódme poty, a razem z nimi obficie wychodziło wszelkie zmęczenie, aż dech zapierało. Tuż przed nim jakieś dwie dziewczyny rozmawiały o czymś wielce dla nich ważnym, plotkowały namiętnie, ale jemu nawet nie chciało mu się przysłuchiwać babskiej paplaninie. Wolał zagłębić się we własnych rozważaniach, w świecie fantazji, w planowaniu najbliższej przyszłości.
Wysoka temperatura w pomieszczeniu nasuwała Andrzejowi skojarzenia zbliżone do niedawnych lektur związanych z historią Księstwa Cieszyńskiego. Jeszcze wczoraj jadąc ulicami Cieszyna zastanawiał się jaką drogą mógł kazać wieźć książę Przemysław Noszak miedzianego konia, na którym pokutował zabójca jego syna. Wymyślił władca tortury! Niech go licho! Siedząc w saunie na ciepłych deskach, mógł sobie Andrzej częściowo wyobrazić piekielne męki skazańca. Oczom ukazywał się obraz stanowiący fantazję wplecioną w realia najbliższego otoczenia. Jedna z młodych osóbek siedzących przed nim miała włosy ufarbowane na rudy kolor przechodzący w odcień czystej miedzi. Zwłaszcza gdy poprawiała ich nieład rozchylonymi palcami, wtedy na tle jasności oszklonych drzwi falowały jak grzywa miedzianego konia, który znalazł się tuż przed jego oczyma.
Niezrozumiałe było także to, że wcale nie przebywał w saunie, ale nad brzegiem rzeki. Na kasztanowatym koniu siedział strudzony drogą jeździec. Jego ciało zwisało z sidła wpół omdlałe ze zmęczenia. Był tak rozgrzany, że powietrze wokół niego drgało niczym aureola nad jakimś świętym. Daleko mu jednak było do świętości, bo chociaż rzucił pytanie głosem pełnym bólu, męczeństwa nawet, to temat raczej odbiegał od boskiego:
– Dobry człowieku, czy nie widziałeś gdzieś w okolicy diabła? – zapytał jeździec, twarz jego krzywiła się w wyraźny grymas bólu, a ust wydobywał się żywy ogień. Stanął na tle tarczy zachodzącego słońca. Miało się wrażenie, że jego ciało i zwierzaka wtopione są w jedną rudą całość. Wiatr owiewając ich przybliżał Andrzejowi tętniące ciepło, jakby buchające z rozpalonego paleniska.
-Nie jest normalne, żeby wiatr o zachodzie był aż tak nagrzany – pomyślał i zaraz skórę jego rozedrgała fala niepokoju, strach go obleciał.
– Kim jesteś? – zapytał cicho jeźdźca, bo wyrazy więzły mu w gardle.
– Nazywam się Marcin Chrzan, nie jest to sekretem, ale lepiej nie pytaj więcej! Daj mi pić, bo pragnienie mam okrutne. Nie, nie…! – rzekł tonem rozkazującym, kiedy Andrzej chciał mu podać flaszkę.- Nie podawaj mi! Rzuć, a w locie złapię. Jeszcze ci się stanie krzywda.
Pił łapczywie i głośno, a płyn wypływający ze spragnionych ust wylewając się na piersi, zaraz wysychał sycząc, zamieniał się w kłębki pary, jakby ktoś lał wodę na rozpalone kamienie.
Nie jest nad żadną rzeką! Wszystko działo się w saunie! Jedna z dziewczyn polewała kamienie, para syczała, unosiła się w górę, wizja jeźdźca rozwiała się, a temperatura podniosła się do granic wytrzymałości. Przecież Marcin Chrzan był głównym podejrzanym o zamordowanie syna księcia Przemysława. Ale mam skojarzenia! – pomyślał, oczy znowu zaszły mu parą, a zaraz potem znalazł się w komnacie starego zamku cieszyńskiego.
Książę czuł się nie najgorzej i Bogu za to dziękował, bo jeszcze wieczorem ból w nogach przeszywał go na wskroś. Wiedział, że niemoc zwiększyła się po wypiciu większej ilości wina, ono wyraźnie nie służyło jego zdrowiu, medyk nadworny zdecydowanie nie polecał trunków uderzających do głowy i bolejących nóg. Władca państwa cieszyńskiego bezwzględnie wskazaniom się poddawał, ale tym razem pofolgował sobie odrobinę, bo okazja była iście warta późniejszym cierpieniom.
Minęło kilka dni, jak przywieziono z czeskiego zamku Žampach, dworzanina – Marcina Chrzana, głównego podejrzanego o mord na synu, imienniku Przemysława, łaskawie panującego księcia cieszyńskiego. Suma niebotyczna, jaką ojciec zapłacił Czechowi, była niczym, żadną stratą wobec boleści po utracie potencjalnego następcy i spadkobiercy wszelkich dóbr. Była niczym wobec stałych cierpień, jakie towarzyszyły władcy nękanego podagrą. Dlatego upiorna jego radość z możliwości zemsty niwelowała ból po bezmyślnym pijaństwie w obliczu spełnienia najskrytszych marzeń, przesączonych bezwzględnością w obmyślaniu kary.
Książę wpół siedział, wpół leżał w swojej lektyce otoczony dworzanami. Poczesne miejsce wśród grupy stojących zajmowali dwaj dominikanie, którzy w skupieniu szeptali modlitwy po łacinie. W centrum sali, trzymany przez trzech oprawców stał winowajca. W poszarpanym odzieniu, ze zmierzwionym włosem, posklejanym w krwawe strąki. Można się było domyślać, że został poddany wnikliwym badaniom śledczym w lochu.
– Myślałeś psi synu, że unikniesz sprawiedliwości? – rzekł książę obrzucając Chrzana spojrzeniem pełnym pogardy. – Zabiłeś mojego syna, najdroższą mi osobę i spójrz, jak to się fortuna obraca. Teraz ty jesteś dla mnie najcenniejszą istotą na świecie.
W istocie książę zapłacił za Chrzana 1600 kóp szerokich groszy praskich i gdyby trzeba było, dałby jeszcze drugie tyle, byle mieć tę satysfakcję i osądzić mordercę, a przede wszystkim skazać.
– Wyjaw nam teraz szczerze, kto ci kazał młodego księcia, syna mego zabić? – pytał książę, a szczęki trzeszczały mu ze złości.
– Książę, panie! Nie ja jeden tam byłem… – jęczał rozdygotany jeniec.
– Wiem o tym i masz u mnie słowo urodzonego, że niedługo i cała reszta twojej rzeźnickiej hałastry w ręce moje trafi – przerwał mu Przemysław. – Ich już nie musisz pogrążać, ale chcemy wszyscy tu zgromadzeni wiedzieć, czyim byłeś narzędziem!?
Po chwili ciszy, zakłócanej tylko szeptem modlitwy białych zakonników padał odpowiedź.
– Diabła! On mnie skusił – odparł Chrzan i osunął się na ziemię uderzony przez oprawcę.
– Że diabła, to wiem! Kto by inny mógł coś takiego wymyślić? – sączył książę słowa prze zęby. – Czekam, aż zdradzisz nam imię tego szatana. Czy nie aby Jan mu na chrzcie dali? Choć po prawdzie, nie wierzę, że ktoś go ochrzcił! No, gadaj! Gdzie go znajdę, czy aby nie w Raciborzu? Mów!
– Panie, nie mam pojęcia, gdzie on bytuje, już wszystko wyjawiłem twoim oprawcom – jęczał winowajca. – Gdybym go mógł odszukać, zaraz bym wskazał miejsce jego przebywania.
– No widzisz jak jesteśmy jednej myśli – ironizował książę. – Z mojego rozkazu będziesz mógł diabła odnaleźć. Przed zamkiem czeka na ciebie miedziany rumak. Specjalnie dla ciebie sporządzony, a oprawcy w jego brzuchu ogień rozpalą piekielny, żebyś mógł do ciepła diabła zwabić. Pojeździsz sobie po Cieszynie, a kiedy go znajdziesz daj mi znać. Będę na cię czekał nawet na tamtym świecie.
Chrzan słysząc te słowa upadł na posadzkę i gdyby nie przytomność umysłu katów z pewnością rozbiłyby sobie głowę…
– Proszę pana, dobrze się pan czuje? – głos dziewczyny przepojony był troską.
Ocknął się, fantazje odeszły. Temperatura sauny była zdecydowanie za wysoka. Uśmiechnął się do zatroskanej osóbki i odparł:
– Trochę jestem osłabiony tą sauną, ale już wychodzę się ochłodzić…
Andrzej znowu był nad rzeką i rozmawiał z jeźdźcem na miedzianym koniu, który ciągnął swoją opowieść:
– To, co przeżyłem jest nie do opisania, gdybym przewidział, co mnie czeka, nigdy bym diabła nie posłuchał. Prawdę mówię! Może to raciborski książę Jan Żelazny chciał śmierci młodego Przemysła, ale nas namówił diabeł. Dlatego po śmierci dusza moja wyfrunęła, a ja dalej na miedzianym koniu gnam po całym księstwie i szukam diabła, jak go znajdę przyprowadzę przed bramy raju, każę zawołać Noszaka i niech się przed nim tłumaczy!
Słońce już prawie schowało się za widnokręgiem. Tylko niewielka czuprynka rdzawoczerwonych promieni przesączała się przez plątaninę gałęzi drzew w oddali. Resztki światła jakoby wkręcały się w grzywę i ogon miedzianego konia i szarpiąc wciągały w głąb ziemi. Robiło się ciemno i już niczego nie widział. Nareszcie powiało chłodem…

Kiedy się Andrzej ocknął zobaczył miedziane włosy dziewczyny. Leżał na posadzce przy kadziach przed sauną, a dziewczyna polewała mu twarz zimną wodą.
– Spokojnie proszę leżeć, już wezwaliśmy pogotowie – rzekła. – Trochę pan przesadził z tą sauną.
– Tak, przesadziłem! Diabeł mnie podkusił!