Zaznacz stronę

Rozdział 16

Przedświąteczny szał

W mieszkaniu pachniało piernikami, żona Poety piekła je przez cały wieczór. Przebywając w tak aromatycznej atmosferze, Poeta pisał bloga, co bezskutecznie hamowało ataki łakomstwa.
„Nie wiem, czy w przygotowaniach do Bożego Narodzenia głównym motywem jest szał zakupów, czy zwykła konieczność zaspokojenia wybujałej, źle pojętej tradycji. Prawdopodobnie pomieszanie wszystkiego, co w konsekwencji daje przyziemną normalność z nienormalnymi, nieprzewidzianymi wydatkami.
Po obiedzie zszedłem do piwnicy sprawdzić jak się czuje choinka. Wprawdzie w lutym zapakowałem ją szczelnie, ale wszystko zdarzyć się mogło podczas nieuważnego przekładania zmagazynowanych rupieci. Zdarzyło się! Kiedy odmykałem kłódkę usłyszałem ciche, ale nerwowe szemranie. Pomyślałem, że to koty, ale byłem w błędzie, bo w nędznym świetle piwnicznej lampy zauważyłem jak pierzchają szczury. Ciekawe, co robi stado kotów w naszej kamienicy – pomyślałem, a potem mało nie wpadłem w szał. Z mojej sztucznej choinki został tylko szkielet, małe pasożyty ogryzły wszystkie plastikowe szpilki! Czekał mnie kolejny wydatek.
– Niech pani popatrzy, co się stało – pokazałem Cili sąsiadce z parteru smutne szczątki stojąc na progu jej mieszkania.
– Panie Poeta, co mi to pokazujecie? Trza dbać o klamory, a niy ino patrzeć gupiego pisania – odparła niezbyt grzecznie.
– Pokazuję, bo karmi pani koty, co tam karmi! Pasie je pani, a gryzonie bezkarnie baraszkują po piwnicy, teraz czeka mnie dodatkowy wydatek. Zaraz wpadnę w szał!
– Już sie tyla niy gorszcie, kożdy mo wydatki – wtrąciła się Kaniowa, bo otwarła swoje drzwi, wiedziona zwykłą ciekawością. – Jo mom tyż zgorszynie, bo potrzebuja trzy ryby, wszyndzie w mieście som drogie, a stary niy chce iść do marketu.
– Niech się pani nie dziwi, że nie chce mu się po tych zaspach chodzić – dodała Karlusowa otrzepując resztki śniegu z butów. Właśnie wracała z pracy ciągnąc Ewę z przedszkola.
– Nie chcieliście wybrać mnie do rady, to teraz macie! – powiedział Policmajster schodzący po schodach.
Dziwnym trafem zrobiło się w korytarzu tłoczno z powodu wraku mojej choinki. Doszedłem do wniosku, że nie ma co się awanturować, tylko wsiąść w samochód i jechać kupić nową. Będąc w drodze odebrałem telefon, dzwonił nasz młodszy syn.
– Tato, co ci kupić pod choinkę? – zapytał.
– Niespodziankę, tylko nie szalej z pieniędzmi – odparłem.
– Wiem, ale zawsze lepiej wiedzieć, jaka ona będzie. Co ci potrzeba?
– Potrzebuję odrobinę spokoju, poza tym wszystko mam, nic nie kupuj.
– To „nic” jest najtrudniejsze do nabycia. Największą niespodzianką w święta jest spokój, kupię ci kosmetyki i będziesz miał spokój na jakiś czas, póki nic w pojemnikach nie zostanie – odpowiedział nieco filozoficznie. W markecie niby miałem tylko kupić nowy choinkowy erzac, ale z ludzkiej ciekawości poruszałem się chwilę między regałami, żeby złapać odrobinę atmosfery świątecznego szaleństwa. Ludzie pchając pełne wózki spoglądali kątem oka, co inni kupili. Może nie byli pewni, czy mają wszystko, co potrzebne, a może kierowani dziwną ludzką zazdrością? Opowiadał mi kolega lekarz weterynarii, że kiedy był dawnymi czasy na studiach, zazdrość o nabyte dobra konsumpcyjne doprowadziła do dziwnego wydarzenia. Na pierwszym roku w czasie zimy musieli wykazać się znajomością układu mięśniowego kończyn zwierząt. Chcąc lepiej się przygotować, brali preparaty do akademika. Nie było to dozwolone, ale bardzo pomagało w nauce. Nie było możliwe trzymanie tego w pokoju, więc wisiały na mrozie, za oknami psie nogi szczelnie zapakowane w worki. Kogoś spoza uczelni zainteresowało, co znajduje się w pakunkach. Jeden ze studentów zapytany o to przy pobliskim kiosku odpowiedział, że niektórzy studenci polują i potem mięso trzymają, aż skruszeje. Przecież, że nie mógł zdradzić, co faktycznie się tam znajduje, bo byłaby straszna awantura. W efekcie tej wypowiedzi w następną noc zniknęły wszystkie preparaty. Wiadomo, jaki był wtedy niedobór mięsa, ale myślę, że wiele pożytku złodziej nie miał z psich udek w formalinie. Już widzę, jak szalał z radości.
Kiedy tak chodziłem po sklepie, zauważyłem, że przy stoisku rybnym stoi niewiele ludzi. Pomyślałem sobie, że zrobię sąsiadce niespodziankę i kupię te trzy, wymarzone karpie. Była bardzo mile zaskoczona i wdzięczna, kiedy stanąłem z nimi na progu jej mieszkania. A co? Przecież powinniśmy sobie pomagać po sąsiedzku, to chyba najlepiej wpływa na atmosferę przedświąteczne.”
Poeta zakończył pisanie i zadowolony z siebie zszedł na podwórko zapalić papierosa.
będąc na półpiętrze usłyszał głośne rozmowy na parterze, a potem na schodach spotkał Policmajstra.
– Zrobiłem dobry uczynek – zwierzył się Poecie – byłem na mieście i kupiłem Kaniowej ryby, bo słyszałem popołudniu jak się panu skarżyła, że mąż nie zadbał o nie. Należy kuć żelazo, póki gorące, elektorat zdobywać należy codziennie i od święta. Myślę, że dobrze sobie zapamięta mój gest.
– Myślę, że zapamięta, bo teraz ma już sześć ryb – odparł Poeta i zaśmiał się nieco złośliwie, bo nie przypuszczał, żeby Kaniowa była zadowolona.
Nie pomylił się, bo zanim „odświeżył” sobie płuca dymem tytoniowym, sąsiadka z parteru miała już ryb dwanaście. Po Cilę przyjechała córka z Zabrza zabrać ją trochę wcześniej na święta, żeby pomogła w przygotowaniach. Cila przedtem powiadomiła ją, że sąsiadka nie ma jeszcze ryb, co poskutkowało wiadomo jak. Kaniowej już nerwy siadły, ale kompletnie rozstroiła się, kiedy zapukali do niej Karlusowie. Też byli na zakupach, zabrali Ewę ze sobą i to ona poprosiła, żeby pomóc prababci Olka.
Gdyby nie obecność zadowolonego dziecka wpadłaby w szał. Zamknęła za nimi drzwi i pochylona nad wanną jak ogłupiała wpatrywała się w baraszkujące karpie. Nie miała pojęcia, co z nimi zrobi? Z osłupienia wyrwał ją głośny dzwonek do drzwi.
W korytarzy stała dysząca pani Zgubeck z … rybami. Kaniowa myślała, że dostanie zawału, ale tym razem skończyło się na strachu.
– Pani Kania, jak chcecie ryby, to w sklepie na rogu przywiyźli – informowała Zgubeck dysząc z wysiłku.
– Bóg zapłać, jo już mom – Kaniowa odpowiedziała z ulgą i już miała zamykać swe domostwo, kiedy pokazał się jej mężulo niosąc coś w plastikowej torbie.
– Jak żeś mi przyniós trzy żywe karpie to, cie zabija razem z nimi! – rzekła groźnie, ale on zaprzeczył.
Po jakiejś chwili kamienicę rozdarł krzyk, można było sądzić, że to wyje duch opy Francka. To darła się Kaniowa, bo mąż faktycznie nie przyniósł żywych karpi, lecz trzy już zabite i wypatroszone!