Zaznacz stronę

Trochę opuściłem się w pisaniu tekstów. Po prawdzie jest tak, że wiele zaczynam, trochę nagrywam, nieco notatek robię, ale mało co kończę. Do takiej sytuacji doszło w kończącym się marcu. Nie mogłem pozwolić sobie na ulgę w założonym planie i musiałem dzisiaj skończyć 30-ty utworek. Jaki jest? Mnie trudno oceniać, a jeszcze trudniej krytykować. Dlaczego? Proste, bo najchętniej wszystko wyciąłbym w diabły i zabrał się do pisania nowych.
A ten dzisiejszy jest dokończeniem zwrotki sprzed kilku dni, bodajże z poniedziałku:

Wieczór

Dzień przed swą śmiercią wydłuża cienie
W lament wieczorny, nieba przekrwienie
I horyzontu więdną powieki,
Gdy blednie Słońca błyszczący cekin.

Dzień konający na łonie lasu
Bez ceregieli, zbędnych hałasów,
Opadający na drzew ramiona,
Niczym omdlała głowa zmęczona.

Dzień chwytający siły resztkami
Lot patka, który w gałęziach zamilkł,
Pragnąc powiedzieć ostatnie zdanie
Pełnią bezgłosu, niemym ziewaniem.

Dzień poszarpany jak brudny nędzarz,
Który się kilka godzin poszwendał,
Żeby zakończyć życie jak zjawa,
Nie wiedząc gdzie był, z kim się zadawał.