Zaznacz stronę

Coś w tonacji niedawnej. Mam wrażenie, że już to kiedyś publikowałem… w „GWARKU” z całą pewnością, ale chyba na tym blogu też:

Rozdział 40

Klątwa

Problemy spadły gwałtownie, jak z nieba na ziemię, brak środków na podstawowe płatności mogły wykończyć firmę Marzanny w przeciągu miesiąca.
– Po części jest to twoja wina mój drogi – rzekła szefowa.
– Chyba zatrułaś się ruskim bimbrem, albo ktoś za mną stoi? Ani się nie czuję winny, a drogi dla ciebie to już zupełnie nie!
– Niestety jesteś po części winien, bo twoja rola polega na tym, żeby mnie pilnować w sprawach finansowych – kontynuowała myśl, a tym razem nie było w jej nutach tonu ironii. Dlatego wyczuł momentalnie, że zagrożenie jest poważne. Pieklił się przez kilka dni, spać w nocy nie potrafił, ale problemowi zaradzić nie mógł. Pieniądze do firmy nie spływały za wywiązanie się z kontraktu.
– Wiesz coś więcej na temat pieniędzy? – zapytał tego dnia Marzannę, bo wiedział, że pobocznymi kanałami miała się czegoś dowiedzieć.
– Wiem, że z ministerstwa wyszły – odparła cicho, wcale się jej nie chciało żartować.
– Fajnie, to wiedz jeszcze jedną, ale pewną sprawę. Też wychodzę – burknął.
– Krzysztof, co ty? Odchodzisz? Teraz?
– Wychodzę na miasto, przynajmniej się przewietrzę skoro nie mam się za co umyć!
Już wściekły nie był, stonował swe emocje do tego stopnia, że idąc przez centrum miasta nie poznawał nikogo obok siebie. Oczywiście, jeśli ten ktoś go nie zaczepił, czy tylko nie pozdrowił. Wtedy reagował, ale bez grama entuzjazmu, a jeśli nawet wzbudził ktoś odrobinę energii, to przedkładała się ona na agresję.
– Cześć Krzychu! – usłyszał znajomy głos i odpowiedział ściszonym głosem.
Był to jego zdecydowanie młodszy kolega z dawnych, birbanckich lat.
Pokrótce opowiedział swoje losy, chociaż Krzysztof wcale nie był zainteresowany.
– Żona odeszła ode mnie dawno, jeszcze córka była mała, a teraz chodzi już do gimnazjum. Nie zapomnę, Krzychu tej sceny, ja zrozpaczony, dziecko płaczące, a ta mówi:
– Cichutko, cichutko! Powiedz jak robi krówka?
– Mu, mu! – powiedziała mała.
– Ślicznie! A jak robi piesek?
– Hau, hau – córeczka już nie płakała i dalej bezbłędnie odpowiadała na każde podobne pytanie. Potem zrobiła natomiast wielkie oczy, bo usłyszała:
– A jak robi tatuś? – zapytała żona o zaraz odpowiedział – Tatuś nijak nie robi, bo jest leniem bezrobotnym i pijakiem.
– Nie mów tak do dziecka! Ona musi ojca szanować! – krzyknąłem, a ta dalej swoje
– A jak robi mamusia? Mamusia się pakuje i idzie do dziadków, żeby grzeczna dziewczynka mogła tatusia szanować z daleka, skoro on rodziny uszanować nie potrafi – oświadczyła i tyle ją widziałem – Jakaś klątwa nade mną ciąży.
– Nade mną chyba też – odparł Krzysztof.
– Nie wierzę! Dobrze ubrany, ogolony! Wyglądasz jak człowiek sukcesu. Pożycz stówkę.
– Stary, mam ostatnie dwadzieścia złotych w kieszeni! – Krzysztof zaczął się niecierpliwić.
– No to fajnie, starczy napiłbym się piwa – ucieszył się tamten.
– Wiesz co stary, narzekasz na los, ale jeśli tobie się jeszcze piwa się zachciewa, to nie klątwa nad tobą wisi, ale sam jesteś klątwą dla innych! Spier… – zaklął Krzysztof i poszedł dalej.
Pod podcieniami natknął się na żebrzącą Cygankę. Zbyt nachalna nie była dla innych, ale widocznie Krzysztof bogato wyglądał, więc zaczęła go zaczepiać.
– Wielki ty pan i łaskawca! Niech cię Panienka Najświętsza ma pod opieką. Widać, że bogaty jesteś, to podziel się z biedną Cyganką.
– Czym się mam dzielić? Pieniędzy nie mam, a na dzielenie się łóżkiem jesteś za stara i za brudna – warknął wściekły.
To rozjuszyło staruchę. Niczego więcej nie mogła mu zrobić jak tylko przekląć
– Żebyś stracił wszystkie pieniądze, jakie masz przy duszy, żebyś duszę stracił, żeby cię własne auto rozjechało!
– Patrz, żebyś ty pod koła nie wpadła! – nerwy puściły Krzysztofowi.
Wtedy to zza rogu podcieni nagle wyskoczył rozpędzony rowerzysta i wpadł na Cygankę. Wywrócił się, a kobiecina rozłożyła się pod laubami jak placek. Wnet się jednak pozbierała żwawo w tych swoich kiecach i kaftanach. Na moment znieruchomiała zdziwiona mocą klątwy Krzysztofa. Potem padła przed nim na kolana i bijąc pokłony wszczęła lament:
– Oj wielki ty pan i władca! Czarodziej i wróżbita! Niech cię Przenajświętsza Panienka ma pod swoją opieką! Obyś długo żył i skarby wszelakie pozyskał! Błogosławię cię na całe życie długie i łatwe!
– Dobrze, dobrze już, niech i tobie się darzy – burknął zniesmaczony.
Zrobiło się małe zbiegowisko, więc szybko się oddalił. Nie miał nastroju, żeby stać się bohaterem ulicznego show w duecie ze starą Cyganką.
Nigdy nie miał za złe wszelakim formom zarabiania pieniędzy. Uważał, że biznes jest wszędzie, gdzie się tylko da pozyskać jakiś pieniądz. Jednak do szewskiej pasji doprowadzały go cwaniactwo i nachalność w każdej dziedzinie życia – w żebraninie, działalności gospodarczej, polityce i miłości nawet, a może przede wszystkim. Szedł Krakowską i myślał sobie:
„A cóż tak właściwie różni biznes od żebractwa? Tym, że w biznesie trzeba się jeszcze narobić.”
Z czeluści kieszeni popłynęła melodyjka, odezwał się telefon. Na ekraniku pokazał się napis: „Marzanna”.
– Słucham.
– Co masz taki smętny ton? Stało się coś?
– Nie rób z siebie kretynki! Chcesz mnie rozdrażnić?
– Chcę cię poinformować, że przyszły pieniążki – powiedziała wesoło i aż zarechotała do słuchawki – co ty na to?
– A ja na to, że znowu możesz zwracać się do mnie „mój drogi”. Zaraz będę w firmie, tylko coś jeszcze muszę załatwić.
„Jeśli spełniło się błogosławieństwo Cyganki, to niech się i przekleństwo spełni, niech ma satysfakcję” – pomyślał.
Wrócił się i w podcieniach wrzucił starej ostatnie 20 złotych.