Zaznacz stronę

Rozdział 24
Kontakty telefoniczne

– Panie sąsiedzie, mam problem. Zawieruszyłem gdzieś komórkę – pożalił się Wołacz Poecie, kiedy spotkali się na podwórku przy wieczornych „obowiązkach”.
– Musi pan z innego zadzwonić, to może się gdzieś odezwie w pobliżu – poradził Poeta zapalając papierosa, a tamten odpowiedział, że już próbował i nic.
Gdy tak rozmawiali, w laubie pokazał się młody Karlus. Zapewne też chciał zapalić albo zrobić komuś głupi dowcip.
– Ty, smyku! Nie widziałeś gdzieś telefonu komórkowego w pobliżu? – zawołał Policmajster.
– Widziałem u mnie w domu kilka. Jedną taty, drugą mamy…- zaczął wyliczać, ale Wołacz mu przerwał.
– Nie rób się głupim. Pytam, czy gdzieś nie znalazłeś niedawno!
– Znalazłem po choinką, ale to było w grudniu i nie wiem czy to dla pana dawno, czy nie.
– Panie Poeta, widzi pan, jak smarkaczy rozpuszczają. Telefony im kupują, a gdzie taki jeden z drugim dzwoni? Pewnie zmawiają się chuligani!
– A pan gdzie dzwoni? Z psem pan rozmawia?
– A co cię to obchodzi z kim rozmawiam? – obruszył się Wołacz, a potem zwrócił się do Poety:
– Słyszy pan jakie chamstwo się szerzy wśród młodzieży? I jak tu nie mieć przy sobie telefonu na wszelki wypadek. Zawsze można wezwać policję.
– No, mówiłem, że z psami pan rozmawia – zaśmiał się szyderczo smarkacz i uciekł.
Za to na podwórku pokazała się pani Zgubeck. Wynosiła śmieci. Policmajster zwrócił się do niej z tym samym problemem, ale ona też nigdzie nie widziała leżącego telefonu komórkowego. Sama osobiście nie posiadała takiego, a jedynie stacjonarny. Ona faktycznie nie miała z kim rozmawiać w kraju, a jeśli nawet, to o czym? Należała do osób, które zbytnio wygadać się nie potrafiły. Dawniej, za PRL-u, jako główna księgowa w GS -ie z rozmowami często miała dziwne przygody. Faktem jest, że poziom techniczny telefonii był niski i często dochodziło do nieporozumień. Kiedyś zadzwonił telefon i pańcia urzędowym głosem zapytała:
– Czy dodzwoniłam się do…- tu padał nazwa miejscowości, w której pracowała pani Zgubeck i ona to potwierdziła.
– Dzwonię z kuratorium oświaty. Do szkoły dodzwonić się nie potrafię, proszę więc, żeby pani podeszła i powiedziała…
– Kaj, do szkoły? – księgowa aż krzyknęła. – To je dwa kilometry ody mnie!
– Niemożliwe – odparła tamta – Wydawało mi się, że we wsi jest wszędzie blisko, a pani numer telefonu różni się tylko o 1. Może jednak pani podejdzie, te dwa kilometry, to nie jest tak daleko, a ja mam pilną wiadomość. Oczywiście, że pani Zgubek się nie zgodziła. Już ona takie pilne wiadomości telefoniczne znała! Niedawno z powodu złej łączności sama miała nieporozumienie i to nie z jakimś kuratorium, ale samym WZGS-em! Podniosła słuchawkę i tylko tyle się dowiedziała, że wojewódzkie władze chcą z nią rozmawiać. Potem do jej uszu dobiegła mieszanka różnych dźwięków, a słowa ważnej wiadomości były nie do odgadnięcia.
– Dziołchy, byda musiała jutro jechać do Katowic – powiedziała swoim pracownicom, a potem poszła do prezesa, żeby podpisać delegację. Nawet dobrze się składało, bo miała w planie zawieźć jakieś sprawozdania. Następnego dnia jechała autobusem w ścisku, a W WZGS-ie dowiedziała się, że chcieli jej powiedzieć, że właśnie zmieniły się przepisy i nie musiała z tym sprawozdaniem przyjeżdżać.
Pani Zgubeck poczłapała w stronę lauby, zanim tam doszła, już była zdyszana. potem minęło kilka dobrych minut i ukazała się w oknie klatki schodowej na pietrze i zaczęła ręką dawać mężczyznom znaki i pokazywać, że ma coś w dłoni. Policmajster pobiegł do niej, bo miał dobre przeczucia. Faktycznie, sąsiadka znalazła jego telefon.
– Bogu dzięki! – Wołaczowi kamień spadł z serca. – Gdyby pan, sąsiedzie teraz wybrał mój numer! Sprawdzimy, czy działa.
Poeta wykonał prośbę, po chwili zabłysnął ekran wołaczowego aparatu. Jednak zamiast normalnego dzwonka panowie usłyszeli taką chamską odzywkę:
– Co się stary ośle patrzysz! Odbieraj!… – to były najprzyzwoitsze słowa.
– Panie, to zrobił ten szczeniak! – pieklił się Wołacz i miał zamiar pójść na skargę.
Poeta wrócił do mieszkania i opisał to wszystko i dodał jeszcze kilka zdań na temat swoich przygód z rozmowami telefonicznymi:
” Nie tak dawno zadzwoniła do mnie jakaś pani, przedstawiła się, że jest z banku i miłym głosem zaczęła zachęcać do zaciągnięcia kredytu. Odmówiłem tłumacząc, że mam do spłacenia dwa już zaciągnięte w innym banku. Wtedy ona zaproponowała kredyt konsolidacyjny.
– Nie będzie pan musiał spłacać tamtych dwóch – rzekła.
– Zgadzam się, pod warunkiem, że i tego w pani banku spłacać nie będę musiał.
Wiem, że dziewczyna postukała się wtedy w czoło. Ta nie była jeszcze tak bardzo nachalna, ale niektóre osoby namawiające do różności przez telefon powinny się czasem stuknąć przed rozmową…”
W tym momencie odezwał się telefon. Ten stacjonarny. Dzwoniła sąsiadka z dołu, Kaniowa. Płakała i prosiła, żeby jej pomógł, coś paplała o mężu i jego telefonie komórkowym. Niczego Poeta nie rozumiał, dlatego zszedł na parter sprawdzić w czym tkwi problem. Okazało się, że Kania dostał od któregoś z potomków telefon komórkowy na kartę. Jej się to nawet spodobało, bo wydzwaniała do niego, kiedy chciała i wymagała wyjaśnień. Teraz był już późno, ona dzwoni, a jakaś kobieta odpowiada, że mąż jest w więzieniu.
– Wyście som pnie Poeta szkolony, pewnie wiycie, co mom ter robić z tym wiyńziyniym, ja tam nigdy niy boła – płakał Kaniowa, a Poeta nie rozumiał, dlaczego to on ma właśnie wiedzieć, co robić, kiedy bliska osoba siedzi. Kazał Kaniowej wystukać numer męża i czekał, co usłyszy w słuchawce.
– Abonent jest poza zasięgiem sieci – powiedziała automatyczna sekretarka i Poeta zrozumiał błąd sąsiadki. Pewnie niedosłyszała, a może chciała usłyszeć, że abonent jest poza zasięgiem, siedzi! Już miał Kaniowej wyjaśniać, ale zjawił się niedoszły kryminalista:
– To ty niy siedzisz? – krzyknęła kobiecina, jakby zobaczyła ducha opy Franca.
– Niy! Stoja! – odparł tamten.
– Gupieloku, we wiyńziyniu żeś niy jest!
– Jeszcze niy, ale byda jak niy skończysz co minuta do mnie dzwonić, to cie zbija!