Zaznacz stronę

Jakiś chochlik siedzi w internecie i przerywa połączenia. Na blogu w GWARKU robiłem podejścia dwa razy i każdy wpis poszedł w zapomnienie, w niebyt. Myślę, że tutaj będzie lepiej.
Wklejam stary tekst, ale zaraz zaznaczam, że nowych jest sporo, starczy na kilka dużych imprez.

Granica

Kiedyś w czasie wakacji, bodajże po skończeniu siódmej klasy pojechałem z ojcem zagranicę do Czechosłowacji. Wielka mi zagranica, Zaolzie, rodzinne strony mojego taty, ale w tamtych czasach spore przeżycie. Wsiedliśmy w Zabrzydowicach do pociągu, którego skład podobny był do prezentowanego w tym roku jako zabytkowy na szumnych obchodach jubileuszu tarnogórskiej kolei. Przejazd trwał krótko, wysiedliśmy na następnej stacji Petrovice u Karvine, czyli po polsku – w Piotrowicach.
Razem z wystraszonymi pasażerami do wagonów wskoczyli funkcjonariusze służby granicznej i celnicy, jak zawsze władczy i pewni siebie.
Młody porucznik sprawdzał nasze papiery, przymrużył oczy, pokiwał głową, spojrzał na ojca, potem znowu w dokumenty. To zbyt baczne wpatrywanie się zelektryzowało nas, sugerowało, że coś jest nie tak!
– Jest pan lekarzem? – zapytał oficer.
– Tak, ale… – potwierdził ojciec i wyczuwało się, że słowa zastygają mu w gardle.
– Zatrudniony w Katowicach? – padło kolejne pytanie, krótkie, wojskowe, stanowcze.
– Tak, ale…
W tym momencie twarz porucznika zmieniła się na ludzką i uśmiechniętą. Głośno i jednoznacznie stwierdził:
– Panie doktorze, miałem przyjemności u pana się leczyć!
– Wątpię, bo… – głos ojca się nie zmieniał.
– Pan mnie pewnie nie poznaje – przerwał oficersko tamten. – Ma pan tylu pacjentów, a jak pan widzi leczenie poskutkowało, czuję się świetnie!
– Tylko, że ja jestem lekarzem weterynarii – stwierdził wtedy równie głośno ojciec.
Wszyscy pasażerowie parsknęli śmiechem, a oficer bez słowa oddał dokumenty i uciekł. Innych już nie sprawdzał.