Zaznacz stronę

Kuszenie Szymona Pistoriusa

Sprawa wyglądała bardzo poważnie. W mieście wybuchały kłótnie o urobek, o miejsce na płuczkach, o kolejność przy wadze, o pierwszeństwo przy studni, dosłownie o wszystko i byle co. Zwykłe pyskówki nierzadko przeradzały się w bójki miedzy sąsiadami, a nawet rodzinami. Żeby było mało, wypominali sobie, kto, kiedy i do którego pastora na nabożeństwa chodzi. Jedni woleli poglądy ariańskie Szymona Pistoriusa, inni skłaniali się ku poglądom kalwina – Andrzeja Bauera. Jeden i drugi zgromadzili wokół siebie zwolenników i nie mając złych zamiarów podzielili w efekcie zbór na dwa antagonistyczne obozy. Niewiadomo jak podobała się Bogu to służba, ale burmistrzowi Tarnowskich Gór ręce opadały z rozpaczy. Groził i napominał, aż w końcu rada miejska uchwaliła, że złoży na pastorów skargę do księcia w Karniowie. Przedtem jednak jeszcze raz wezwali do siebie Pistoriusa i Bauera, żeby spróbować ich pogodzić bez udziału władzy książęcej.
– Co z tego, że Tarnowskie Góry bogactwem słyną na pół świata, kiedy spokoju zaznać nie mogą – wykładał swoje racje burmistrz, a rajcy kiwali głowami i robiąc wielce zatroskane miny, gładzili wypielęgnowane brody, dając do zrozumienia, że problem na sercu im leży. – Do pokoju przynajmniej swoich wyznawców nakłonić spróbujcie, skoro jedności wobec siebie utrzymać nie potraficie.
– Mości burmistrzu – rzekł Pistorius. – Ja jestem mały sługa boży, tyle we mnie apostolstwa, ile niebiosa mi dadzą. Zbawiciel powołując swoje dzieci z ziem rozmaitych do Gór Tarnowskich, sam złączyć je wspólnym Bożym Duchem może, nie ja.
– Mniej powołanie, a raczej, rzekłbym, przeznaczenie człowieka losem kieruje, mój drogi Szymonie – tak zaczynał swą wypowiedź Andrzej Bauer, dalej co niechybnie prowadzić mogło tylko do teologicznego rozdźwięku. – Ludzie od chwili urodzenia są przeznaczeni albo do zbawienia, albo do potępienia. Bóg dokonał tego wyboru przed stworzeniem świata i nie będzie on zmieniony. Ciężką, wytężoną pracą może każdy dać świadectwo, że Tarnowskie Góry są miastem dla przeznaczonych do rajskich laurów po śmierci.
– Andrzeju! Bracie, nie wywyższaj ponad ludzkość tych, którym kark cierpnie od wysiłku – ripostował Szymon Pistorius. – Miasto nasze niechaj będzie owocem szczerości, prawości i dobroci.
Rajcy słysząc takie wywody w mig pojęli, że nic z pojednania mieszkańców nie wyniknie. Dlatego burmistrz przerwał pastorom i rzekł:
– Oby te owoce gorzkie nie były, albo jadu pełne jak wilcza jagoda, sekale, czy inne trucizny. Ma być pokój w mieście i w całej ziemi bytomskiej. Idźcie i wyklarujcie ludziom, jak żyć mają w zgodzie. Wy po to tu jesteście, jak mniemałem. A widzę ja i rada cała, że przyjdzie nam pierwej was nauczać! List ze skargą do księcia napisany. My, rada wolnego, górnego miasta Tarnowskie Góry, ze mną, burmistrzem, na czele, tak was w końcu zjednamy, że o prawo wyboru duchownych i nauczycieli wystąpimy, bo swady nam nie trzeba.
To powiedziawszy, burmistrz uśmiechnął się z lekka i dłonią uczynił gest, dający pastorom do zrozumienia, że mogą wyjść. W rzeczywistości był w stanie nagadać im do rozumu, tak po męsku, ale z duchownymi nie wypadało tego robić. Mało go interesowały zawiłości teologicznych wywodów. Miał wiele ważniejszych spraw na głowie niż rozważania, jak jednoczyć tych, którzy sami powinni przykład dawać i nauczać miłości Boga i bliźnich. Efektem jego pracy były zyski ludzi w gwarectwach pracujących, zyski przynoszone miastu i księciu – władcy tej ziemi. Nie mógł pozwolić na sianie nienawiści, która daje czystą korzyść chyba tylko diabłu. Sprawy teologii pozostawiał sługom bożym, bo, jak słusznie uważał, do tego są przeznaczeni.
– W tym mieście nawet anioły poszarzały – mawiał, od dawna z niepokojem przyglądając się kolejnym konfliktom i kiwał kłową z nieukontentowania.
Wracał Szymon Pistorius rynkiem do swojej ubogiej chaty. Rozmyślał, jak jutro do ludu przemówić, co mu powiedzieć, żeby było prawdą Bogu miłą, a z drugiej strony, żeby przeciwników nie urazić. Szedł uliczkami Tarnowskich Gór i odwzajemniał ukłony i pozdrowienia. Znany był tu każdemu, a jego dobroć i mądrość, chociaż nie bardzo cenione przez antagonistów, to przecież szacunek jakiś u nich wzbudzały. Rozglądał się pastor wokoło z lekkim niepokojem, czasem odwracał głowę za siebie, bo wyczuwał, jakby ktoś szedł za nim i bacznie jego ruchy obserwował. Początkowo mniemał, że coś ma przyczepione na kaftanie i ręką macał się po plecach, ale nic takiego tam nie było. Tak doszedł do domu, gdzie ani przez chwilę nie pozbył się tego dziwnego uczucia, że ktoś na niego patrzy. Zasiadł do pisania, ale szło mu ciężko, myśli, tak zwykle lotne, niehamowane, teraz jakoby odrętwiałą rękę kreślone, za nic nie chciały się ziścić w foremny ciąg zdań na papierze.
Wszystko wyjaśniło się po zmroku. A właściwie – patrząc innym okiem – chyba raczej pogmatwało. Było już tak ciemno, że szarość przechodziła bardziej w odcień czerni, że wątłe macki jasności, przecedzające się przez szybkę małego okna, rozmywały kontury domowych sprzętów. Pistorius w takim momencie zmuszony był zapalić kaganek i wtedy zobaczył, kto go przez cały dzień prześladował. W izbie był ktoś! I to kto!? Szatan!
– O… teraz mnie dopiero zauważyłeś! – rzekł do pastora piskliwym, charczącym głosem. – Ja cały czas przy tobie jestem, odkąd tylko z ratusza wyszedłeś, towarzyszę ci wiernie.
Pistorius lękliwy nie był, postać diabła nie zrobiła na nim większego wrażenia, ale zdziwił się ogromnie, bo nie mógł sobie uzmysłowić, co piekielnik chce od niego.
– Pytasz, co ja chcę od ciebie? – wyraźnie czytał bies w myślach pastora. – Pilnować cię muszę, żebyś zbytecznych prawd nie przekazał gwareckiemu pospólstwu.
– Co nazywasz zbyteczną prawdą? To, że mają się gwarkowie i ich służba w pojednaniu do roboty zabrać, nie w nienawiści wyrywając sobie każdy kęs? – ripostował Szymon. – Staram się Bogu służyć i nie tobie będę relacje składał z moich czynów.
– Nieeee? – udając zdziwienie, zapytał szatan. – A gdybym ci powiedział, że przez Stwórcę przeznaczony jesteś na stracenie w płonących komnatach piekła? No, co byś w takim przypadku czynił ze swoim żywotem?
– W takich jak teraz przypadkach żałuję, że nie jestem papistą, bo już byś skropiony wodą święconą wił się za progiem jak żmija – odpowiedział Szymon marszcząc czoło.
– A wiesz, że jest mi w skórze węża bardzo do twarzy! Chętnie bym znowu pobaraszkował po świecie jak dawniej w raju. To takie miłe: pogrążyć ród ludzki na wieki.
– Niewiele mnie to obchodzi, co kraczesz o moim przeznaczeniu. Jeśli Bóg Wszechmogący widzi moją wieczność w piekle, to wiedz, że nawet tam pójdę bez twojej pomocy, a Jego nawet wtedy o błogosławieństwo prosić będę! Więc odejdź, pókim dobry, bo muszę kazanie przygotować o braterstwie.
– Zaraz pęknę ze śmiechu! O jakim ty braterstwie masz zamiar gadać? – ironizował szatan. – Zrób sobie wieczerzę, ja też co nieco w zęby złapię i opowiem ci ciekawą historyjkę o tej krainie. Wyjawię ci prawdę dlaczego spokoju tutaj nie będzie.
Pistorius szykował wieczerzę, skromną jak zwykle wodzionkę z suchego chleba zalanego osolonym wywarem kminku i czosnku. Dodał do tego odrobinę łoju i jadł, słuchając diabelskich wywodów. Kusiciel usiadł naprzeciw i opowiadając też chłeptał beszczelnie, bo strasznie był łasy na takie jedzenie.
– Zacznijmy od początku – mówił mlaskając obrzydliwie jęzorem. – Od tego początku prawdziwego, kiedy na świecie było mało ludzi. Jedynie potomstwo Adama i Ewy, które naznaczone grzechem, mnożyło nieprawość i nienawiść. Ukrywać nie będę, że czynili to z naszą, diabelską, wielką pomocą. Nie trzeba było długo czekać, żeby Kain, zazdrosny o boskie względy, zabił swego brata Abla. Bóg przeklął bratobójcę, a ziemię jego uczynił bezpłodną. Odszedł Kain od Jahwe i zamieszkał na wschód od Edenu. Na odchodnym Pan naznaczył go piętnem, aby nikt go nie zabił robiąc mu przysługę i skracając jego męki.
Pistorius słuchał i tylko kiwał głową, ale w pewnym momencie przerwał diabłu, bo gorszyło go opowiadanie biblii prze szatana.
– Do tej pory nie usłyszałem niczego nowego. Nie dziwię się, bo jesteś zbyt głupi, żeby coś wnieść nowego do boskich ksiąg – powiedział ziewając głośno, żeby dać do zrozumienia, że nie jest znudzony tym towarzystwem.
– Chwilę cierpliwości, a zaraz zmienisz zdanie. Jeśli przeklęci rodzice Kaina żyli w ciągłej mozolnej pracy, skazani za nieposłuszeństwo, to jak ciężko żyć musiał pokutujący morderca? Pracował na roli wraz z żoną, a ostre promienie słoneczne smagały jego gołe plecy jak cienkie bicze. Wieczorami dla ochłody przesiadywał nad smętnym, wysychającym strumykiem i usilnie próbował obmyć zbrukane krwią dłonie. Nadaremno! Woda w rzeczce z piekła wypływająca już sama w sobie była brudna i śmierdząca. Żadnego w niej nie było życia, ani ryby, ani rośliny, a skaliste brzegi oślizgłe były od brudu. Kiedy Kain zanurzał w niej dłonie, dodatkowo zmieniała barwę na krwistą, rudo – brunatną. Płakał, myśląc, że łzami oczyści ślady zbrodni – bez skutku.
Zdesperowany, często rzucał się na ludzi, którzy, pomyliwszy drogi, zaglądali na kainowe pola. Chciał w śmierci znaleźć ukojenie. Każdy jednak, podniósłszy w pierwszej chwili rękę, zaraz ją opuszczał widząc boskie piętno na czole nieszczęśnika i uciekał czym prędzej, aby nie narażać się Stwórcy. Wszyscy bowiem wiedzieli, że ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie.
Kain w żonie miał jedynie wsparcie. Ona, widząc rozpacz męża, rzekła do niego pewnego wieczoru:
– Idź i zapytaj Jahwe, jak zmazać swoje winy. Przecież nie możesz tak dalej żyć, a Bóg jest miłosierny, pewnie ci pomoże.
Posłuchał tej rady i poszedł pod bramy Edenu. Długo tłukł pięściami w spiżowe wrota, ale Bóg zrobił się głuchy na wołania grzesznika, a cherubinom rozkazał, aby nikt nie ważył się otwierać.
– Odejdź stąd, przeklęty, ze znamieniem bratobójcy tutaj nie wejdziesz – wołali do niego z murów aniołowie i obrzucali zgniłymi jabłkami.
– Nie mam zamiaru tam wchodzić, wiem gdzie jest moje miejsce na ziemi. Chciałem jedynie ubłagać Stwórcę o odrobinę ulgi.
Może to, że aniołowie uprosili, może dlatego, że hałas okrutny przez Kaina czyniony wszystkie rajskie ptaki płoszył, a z pewnością to, że Stwórca jest jednak miłosierny dla takich gagatków, a może wszystko to razem uczyniło, że zgodził się wysłuchać Kaina stojącego u bram.
– Powiedz, o Panie, co mogę uczynić, aby zmazać winy i pozbyć się śladów krwi braterskiej?
– Jest taki sposób, ale ty, nieboraku, odkupienia nie dożyjesz. Wieki całe upłyną, zanim syna swego na świat posłać będę zmuszony, żeby cudu odkupienia dokonał. Jedno, co mogę zrobić, to słońcu rozkażę, aby cię promieniami nie przypiekało, a w strumyku wodę uczynię zdrowszą. Ziemia więcej da ci pożywienia, żebyście nie pomarli z głodu.
– Panie, a co z krwią na rękach? – nie dawał za wygraną bratobójca.
– Trzeba się było wcześniej zastanowić! Samemu sobie to pytanie zadać, gdy podnosiłeś nóż na Abla. To wszystko, co mogę dla ciebie zrobić.
Wracał Kain od Boga trochę podniesiony na duchu. Nie dostał tego, czego chciał, ale zawsze coś wywalczył. Uszedł jednak niewiele drogi, a tu wąż – szatan kusiciel, jeden z moich piekielnych towarzyszy milutkich, wypełznął z przydrożnych zarośli i rzekł:
– Jest jedna rzeka, której wody zmyć mogą krew braterską z twoich dłoni.
– Odejdź gadzie! Już zbyt wiele nieszczęścia przytrafiło się naszej rodzinie z powodu twojego kuszenia! – odparł Kain i zamachnął się kijem na diabła.
– Głupcze! Co złego jest w umyciu rąk! Bóg ci nie chciał pomóc, ale nie wspominał, że nie możesz od innego pomocy dostąpić!
– Właściwie masz rację, nie będę się przejmował! Cóż więcej spotkać mnie może? – zgodził się Kain i już był kupiony.
Zaprowadził go diabeł właśnie tutaj, do źródła Rybnej. I już plan diabła miał się spełnić! Stwórca jednak w porę się połapał i wysłał setkę aniołów zbrojnych w kamienie ludzkich serc, które są plugastwem z czyśćca w czasie pokuty dusz wyrzucane i na polach przed rajem tysiącami leżą. Tymi to kamieniami aniołowie, boskie lizusy, przepędzili Kaina i diabełka. Oj, jeszcze wpadną w nasze ręce! Udało się Kainowi umoczyć jeden palec w rzece Rybnej. Gdyby umył wtedy obie dłonie, po wszystkie czasy kraina ta stałaby się wielką kaźnią, a tak tylko czasem brat brata tutaj skrzywdzi, trochę się posprzecza. Widzisz teraz łacno, że z samego palca kainowego ta nienawiść, z którą chcesz Pistoriusie walczyć! Nic nie wskórasz, bo kraj ten skażony jest krwią bratobójcy!
– Skończyłeś? – zapytał Pistorius i nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej. – Tyle mi złego przez to opowiadanie zrobiłeś, że pół zupy zjadłeś i głodny pójdę spać. Teraz już wiem, co jutro powiedzieć. Ty jednak czasami się do czegoś przydajesz! Dobre myśli mnie naszły, dlatego chcę ci podziękować i z serca pobłogosławić.
Diabeł się takiego obrotu sprawy nie spodziewał. Słysząc słowa błogosławieństwa, syknął jedynie, zasmrodził powietrze siarką i zniknął. Pistorius śmiał się głośno, trzymając pod boki, natomiast następnego dnia wygłosił płomienne kazanie. Mówił długo i ciekawie, a większość zapamiętała te słowa:
– Mówiąc o boskim przeznaczeniu, nie można zapomnieć, że ta ziemia jest drogą do niego, nie rozdrożem. Czy przeznaczeniem jest wolność do czynienia wszystkiego bez zastanowienia, bez zrozumienia innego bliźniego? Jeśli w rękach Boga jest los człowieka, to łapmy te ręce mocno i stanowczo, a nie szarpmy na strzępy tego, co ze szczodrobliwości Najwyższego w pokoju dostąpić możemy. Jakiż los spotkał Kaina, który w nienawiści mniemał, że brata zabijając, Bogu nie da wyboru i stanie się tym wybranym, umiłowanym? Nie czyńcie, jak on, z tej ziemi miejsca zbrodni i pokuty! Śląsk niech się stanie ojczyzną każdego, kto miłość ma w sercu. Niech znajdzie tu swoje miejsce i ten, który się narodził, i ten, który tutaj przywędrował za pracą by żyć, i każdy, który chce tutaj umrzeć. Taką potrójną jest Śląsk ojczyzną i dlatego potrójnie ziemię tę kochajcie. Wychwalajcie ją, nieważne jaką mówiąc mową, byle nie był to język nienawiści.
Słuchali Pistoriusa gwarkowie i ich rodziny. Jedni wzięli sobie wszystko do serca i odmieniwszy swe czyny żyli spokojnie. Dla innych słowa te były niczym cymbał grzmiący, ich sens zabrzmiał i umilkł na zawsze. Nie wiadomo, czy to oni tak byli zatwardziali, czy może Kain umoczył w rzece Rybnej trochę więcej niż jeden palec.