Zaznacz stronę

Nie jestem w zupełności pewien, czy przypadkiem już tego kiedyś nie publikowałem na blogu. Wrzucam staroć, bo mam ważne pisma do zrealizowania.

Wujek Antoni

Wujek Antoni za młodu uważał, że można w partnerkach życiowych przebierać jak w sklepie obuwniczym. Poprzymierzać, poprzeglądać się w lustrze, czy pasuje i oddać przydeptany półbut. Nie to, że żadna mu się nie podobała, nie! Wręcz przeciwnie! Dla niego wszystkie były godne podziwu i … nie tylko. On też się wszystkim podobał, bo chociaż urodziwy nie był, ale majętny „pieronowy pieścioch” i słynny w mieście alkoholowy imprezant na całego. Wieczorami zagłębiał się w tajemnice tarnogórskiego „trójkąta błędu”, czyli mówiąc prościej kursował po szlaku: „Sedlaczek” – „Miła” – „Pod lipami”. Jeśli w tych lokalach nic z kobiecych obiektów nie wpadło mu do oka, zanurzał się w papierosowe smogi restauracji „Krakowska”. Na tym etapie wystarczało mu grono wiernych przyjaciół i flaszka, towarzyszka na trwałe wpisana w życiorys.
Większa część kolejnych przyjaciółek i miłości doiła bezwzględnie jego zasoby finansowe rekompensując sobie umizgi i podszczypywania. Niejedna także lądowała tam, gdzie raczej nie powinna, w miejscu, w którym raczej powinna jedynie spać. I to sama, a jeśli już chciała zarywać noce, to lepiej by było dla jej reputacji, aby coś sobie przeczytała, pouczyła się, a nie zadawała z takim birbantem. One jednak wybierały przyjemności z Antkiem wpisując się do jego barwnej kolekcji. Hulaszczy wyznacznik kursu przez antkową młodość nie był do zniesienia na dłuższa metę, więc tak do końca nie wiadomo, kto kogo porzucał – on je, czy na odwrót.
Żyjąc sobie lekko, ani się spostrzegł kiedy zepchnięty do lamusa męskiej atrakcyjności jedyną jego wierną towarzyszką życia stała się flaszka. Knajpek w Tarnowskich Górach przybyło, natomiast liczba potencjalnych miłości drastycznie spadła. Bractwo z jego roczników ustatkowało się ochłonąwszy z pierwszych grzechów młodości. Antka hamulce działały kiepsko, może nie miał zamiaru z nich korzystać. Został więc starym kawalerem z nieustająca ciągotką do trunków, a do tego na przeróżne sposoby zdziwaczałym. Chociaż miał już grubo po pięćdziesiątce czas wujka Antoniego zatrzymał się na etapie przywiędniętej młodości. Myślał, że jest w dalszym ciągu trzydziesto pięcioletnim dowcipnym Adonisem i tylko wystarczy się trochę ogolić i spryskać tanią wodą kolońską, żeby mieć wszystkie ślicznotki z miasta. Wieczorami stawiał drinki w knajpkach przygodnym łowczyniom przygód, myśląc kompletnie zdziecinniałymi kategoriami, że je uwiedzie. Te jednak, nie w ciemię bite, widząc z kim mają do czynienia, zostawiały go pół śpiącego z oślinionym kieliszkiem w zapoconej dłoni, pustymi butelkami i pełnym rachunkiem do zapłaty.
Błąkał się potem slalomem po ulicach wypytując przechodniów bełkocącym głosem o kierunek drogi do domu zraszając przy tym interlokutora obficie śliną. Wzbudzał wstręt i politowanie, ale częstokroć mniej wyrozumiały zaczepiony młodzian dawał mu w po prostu w łeb. Skutkiem tego twarz Antoniego nabrała wyrazu doświadczonego przez los boksera, który sponiewierany na ringu skończył karierę po serii ciężkich nokautów. Najwspanialsza blizna pozostała mu po gwałtownej przygodzie z szyjką starej konewki. Upadł biedaczek, kiedy nocą chciał załatwić potrzebę za altanką w ogródku działkowym któregoś z kolegów. O mało nie zrobił sobie na policzku dodatkowych ust. Wszyscy znajomi śmiali się, że gdyby tak się stało mógłby pić na dwa kieliszki. Nałóg, jak widać to rwąca rzeka, której źródło może być niepozorne, lecz systematycznie wybijając wodę z głębi, zasila żywot człowieka stałymi nieszczęściami. Takiego źródełka dokopał się wujek Antek.
Z własnej, za młodu bezmyślności i głupoty pozbył się wszystkiego, co mogło mu zapewnić spokojne życie u boku małżonki wraz z czeladką dzieci. Z pewnością pociąg do alkoholu, ale chyba też to, że czuł się samotny, pragnący domowego ciepła powodowało jego systematyczne zjawianie się na uroczystościach rodzinnych u krewnych i przyjaciół. Mogło zabraknąć tego, czy owego, ale Antek był obowiązkowo. Uważał przy tym, że jest lwem salonowym i skupiać chciał zawsze na swojej wymiędlonej osobie uwagę wszystkich. Najczęściej jednak, po kilku kolejkach wódki przestawał kompletnie kontrolować swoje zachowanie. Stawał się wtedy obiektem drwin i błazenad, a w następnej fazie wpadał w stan alkoholowej hibernacji. Wtenczas należało się go pozbyć prędko mając na względzie ochronę najbliższego środowiska.
Zjawił się wujek Antek pewnego dnia u krewnego, Jacka na urodzinach. W dawnych czasach wypijali razem morze wódki z tą różnicą, że Jacek w porę się opamiętał. Akcja przebiegała według normalnego scenariusza na takich imprezach. Jedzenie, picie, jedzenie, picie i do tego rejwach dzieci pomieszany z kłótniami starszych, najczęściej politycznymi. Jednym słowem istny folklor, parlamentarna komisja ekspresowej naprawy Rzeczpospolitej i rozwiązywania problemów lokalnych. Alkohol tak rozjaśnił gościom umysły, że w mig potrafili udowodnić przekręty samorządowców. Obficie rozlewany „immunitet” sprawiał, że poglądy stawały się coraz śmielsze i bardziej radykalne.
– Pójdzie siedzieć! – Antek wzniósł toast za upadek burmistrza ulewając przy tym wódkę z kieliszka.
– Nie marnuj gorzoły – ryczał gospodarz widząc takie marnotrawstwo.
– Pójdzie siedzieć, bo jest łapówkarzem! – powiedział Antek, wypił zawartość kieliszka krzywiąc twarz niemiłosiernie. – To jest udowodnione, jest łapówkarzem!
Nikt jego słów nie brał nigdy na serio, ale tym razem przycichli oczekując na dalsze wyjaśnienia.
– Tydzień temu był u niego …. – tu padło nazwisko przedsiębiorcy. – Powiedział burmistrzowi, że da 5000 za remont którejś szkoły.
– I burmistrz wziął? – goście zapytali zgodnym chórem.
– Nie wziął, tamtego wywalił za drzwi! – odpowiedział Antek. – Pewnie inny mu dawał więcej.
Urodzinowi goście tylko spojrzeli po sobie i pokiwali ze zrozumieniem głowami. Tego człowieka już nic nie zmieni! A kiedy urodzinowa kolacja miała się ku końcowi, nastąpił exodus w domowe pielesze. Ostatni wcięci maruderzy robili w przedpokoju zamęt wylewnym pożegnaniem. Tylko wujek Antek drzemał w fotelu i nie zdradzał ochoty na jakiekolwiek przemieszczenie w kierunku swojego domu. Nie można mu się było dziwić, bo wlał w siebie dawkę alkoholu w sam raz, żeby zapomnieć o bożym świecie. Jedno oko miał na pół otwarte, podrzemywał sobie, chrapał przy tym pijacko, aż mu wargi drgały. Gospodarze mieli znowu z Antkiem problem jak się dziada pozbyć.
– Antek wstawaj i do domu – Jacek potrząsał nim i nie krył irytacji.
– Najpierw mu lałeś gorzałkę, a teraz cię mierzi – denerwowała się Agata, jackowa żona. – Po co prosisz ożyroka na geburstag !
– Ja go prosiłem? Kobieto, co ty mówisz! Przecież sam zawsze przyłazi stary bykol! – mówiąc to Jacek kopnął w fotel.
Agata spróbowała go przebudzić chlapiąc zimną wodą – bez skutku! Szarpnęła pijanego za klapy przetłuszczonej marynarki.
– Wstawaj ochlaptusie jeden! – krzyknęła mu prosto do ucha. Oprzytomniał, kichnął, potem mu się odbiło i wybełkotał:
– Proszę nie podnosić na mnie głosu, zaraz opuszczę lokal. – tylko tyle udało mu się przecedzić przez zęby i znowu zdrętwiał.
– Może taksówkę zawołać? – powiedział Wojtek, starszy syn gospodarzy.
– No, jeszcze czego, a kto za nią zapłaci? Może ja?
– Nie ma innej rady, trzeba go zawieźć do domu na wózku, bo za chwilę narobi pod siebie – zawyrokowała Agata.
Na wózku? Cała rodzina zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia, ale po jakimś czasie przekonali się, że pomysł nie był niedorzeczny. Wyciągnęli z piwnicy stary wózek dziecięcy, Agata trochę go oczyściła. Broń boże nie z powodu Antka, lecz mając na uwadze higienę rodziny. Wspólnymi siłami znieśli wujka do na dół przed kamienicę i usadowili w pojeździe. Wyglądał tragicznie. Tułów tylko mieścił się w gondoli, nogi i ręce dyndały na zewnątrz, a głowa ciężko zwieszona na piersi kiwała się bezwładnie. Mruczał coś pod nosem, protestował, ale nikt nie był w stanie go zrozumieć. Kto by się zresztą teraz nim przejmował, w takiej pozycji nie był groźny dla otoczenia. Jeśli nawet narobił pod siebie, to niewielka strata, bo wózek był już spisany na straty. Eskortować miał go Wojtek, rodzice coś mu za to obiecali, a mama, jako obstawa poszła w sporym dystansie z tyłu. Mimo późnej pory zawsze ktoś ze znajomy mógł się napatoczyć i wstyd murowany! Ojciec został z resztą dzieci, bo sam był także nieźle narąbany, więc lepiej żeby się nocą po mieście nie plątał.
Nie było lekko Antka pchać, niby chudy, ale swoje ważył, dlatego Wojtek odwrócił wózek i ciągnął go za sobą. Byle szybciej do celu, wcale nie przejmując się nierównościami. Zardzewiałe ośki skrzypiały, paski resorów naprężone były ekstremalnie, żeby tylko nie trzasnęły! W pewnym momencie, zjeżdżając z krawężnika wózek podskoczył, Antek uderzył potylicą w drewnianą krawędź pojazdu i przebudził się nieco mrugając zapijaczonymi oczkami. Uniósł w górę ręce przybierając patetyczną pozę, jakby całym sobą chciał powiedzieć: „Niebo gwiaździste nade mną…”, bo po prawdzie była to piękna, letnia noc. Jednak tylko udało mu się wybełkotać:
– Co się dzie.. dzieje, gdzie jeeeedzieeemyyyy?
– W gwarkowskim pochodzie jedziesz– odburknął zdyszany Wojtek. – jako Siedlaczek!
– Aaaaa taaak! Jade sooobiiieee – tyle powiedział i znowu przygasł.
Mniej więcej w połowie drogi, na ul. Sobieskiego minął ich radiowóz. Auto stanęło z piskiem opon i wyskoczyli dwaj policjanci. Narobili szumu przypuszczając, że Wojtek wiezie nieboszczyka, ale Agata w porę podeszła. Wszystko wprawdzie wyjaśniła, ale mimo to chcieli widzieć dokumenty pijaka. Niesyty portfela przy sobie nie miał.
– Jak się pan nazywa? – spytał policjant.
– Sedlaczek panie generale, a to jest mój osiołek! – rzekł bełkotliwie i wskazał na chłopca.
– Ja ci dam osiołka ty stary pijaku – warknął Wojtek wściekły.
– Ty masz jakieś dokumenty? – zapytał go policjant i chłopak wyciągnął dowód – Panią też poproszę o dokument.
– O! Pan generał z osiołkiem rozmawia. A to jest królowa Marysieńka nie poznaje pan? – bełkotał wujek.
– Proszę się uspokoić, bo wyślemy do izby wytrzeźwień! – zrugał go funkcjonariusz
– Ja jestem spokojny panie generale, ale to jest mój osobisty osiołek! – Konstytucja nie zabrania posiada…dania osiołka i wozu. A, co? Mamy demokrację, czy nie? Ja o tę demokrację walczyłem, niech mi się pan przyjrzy generale! Poznaje pan kim jestem?
Policjant spojrzał na niego z odrazą kątem oka, ale kolega istotnie przyjrzał się z bliska, bo coś niepokojącego świtało mu w głowie.
– Pewnie, że cię poznaję! Tyś sikał w ubiegłym tygodniu pod pomnikiem na placu Wolności.
– Konstytucja gwaa-arantuje mi praa-aaawo do oddawania moczu! Na placu zawsze były szalety, a postkomuna rozkradła to dobro społeczne! Jako przyszły burmistrz tego miaa-asta gwarantuję swobodny dostęp do ustępów – Antek wykrzykiwał bzdury przerywane pijacką czkawką – Ma pan coś przeciw fuun-damentalnym założeniom systemu demokratycznego? I po-owiem więcej, ja też pana poznaję, panie komisarzu! Wszyscy paa-ana na Górach pozna-awają i co? Moczu pan oddać nie ma prawa z tego powodu? Pan za komuny kolejek pilnował w sklepach! Niech pan to-o robi dalej! I szaletów!
– Wieźcie tego trupa do domu i pilnujcie, żeby się nie wydzierał – upomniał ich rozpoznany policjant, nie zależało mu na takim rozgłosie. Stróże porządku letniej nocy oddali dokumenty Zrezygnowali z dalszej kontroli widząc, że niczego nie wskórają i odjechali w swoja stronę.
Agata i Wojtek już bez przygód dotarli do celu, wysypali Antka przed domem i zawlekli do łóżka. Dobrze, że pijaczyna kluczy nie zgubił, bo spędziłby noc na progu.
Następnego dnia była niedziela. Agata właśnie dawała obiad rodzinie, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Na progu stał skacowny wujek Antek.
– Nie ma tu moich dokumentów? – zapytał przyciszonym głosem.
– Jest cały portfel – odparła Agata patrząc na niego wściekle – sprawdziłam, że masz tam pieniądze. To się dobrze składa, bo musieliśmy cię wczoraj taksówką odwieźć do domu.
– Pamiętam, coś pamiętam! Chyba nas policja zatrzymywała. Mogliście mnie przecież zbudzić. Poszedłbym pieszo.
– Tyś nawet dojść do ustępu nie potrafił, Antek! Mam przy dzieciach opowiadać, coś zrobił?
Zmieszał się wujek, poczerwieniał ze wstydu, bo sam najlepiej wiedział, co nad ranem zastał w spodniach.
– Wojtek zapłacił za taksówkę z własnych oszczędności! Musisz mu zwrócić – rzekła rozkazująco Agata.
– Ile mnie ta przyjemność kosztowała?
– 100 złotych!
– Ile? Nie mogłeś się targować!
– A ty musiałeś zanieczyścić auto? Chcesz się targować, to ci pokażę, która to była taksówka – Wojtek łgał w żywe oczy wiedząc, że Antek nie odważy się na poniżająca konfrontację.
Chłopak schował banknot nie tając satysfakcji i pomyślał wspominając ubiegłą noc:
– „Widzisz teraz stary durniu kto tu jest prawdziwym osłem? Sedlaczek się znalazł, psia krew!”