Zaznacz stronę

Muszę w końcu zrobić porządek z opowiadaniami. Są porozrzucane po całym dysku. Przed momentem znalazłem to:
Davos
Premier od kilku godzin siedział już w Davos. Specjalnie zjawił się wcześniej, żeby trochę pomedytować. Prawdę mówiąc nie było to owe słynne szwajcarskie Davos w kantonie Gryzonia, ale stara, rozwalająca się budka dróżnika przy rozszabrowanych torach kolejowych traktu prowadzącego donikąd. Natomiast gryzoni było tu sporo, chyba tyle, ile w całym kantonie Gryzonia. Miały się tu dobrze, bo z jednej strony niebyłych torów piętrzył się masyw gór wysypiska śmieci, a z drugiej wysokie ściany pryzm słomy z pól pobliskiego majątku. Premier też nie był prawdziwym premierem, miał takie przezwisko. Chociaż z całą pewnością mógłby taką funkcję pełnić, gdyby go ze studiów kiedyś nie wyrzucili, gdyby się w porę opamiętał, gdyby tyle nie pił i tak dalej i dalej można gdybać nad jego losami. Resztkami intelektu górował jednak nad grupą nędzarzy, ludzi marginesu życia niezależnych od siebie, ale współpracujących na bardzo naturalnej zasadzie nie przeszkadzania sobie przy śmietnikach. Był nie tyle ich wodzem, co duchowych przywódcą.
Siadł na połamanym krześle z przegniłym oparciem i karmił szczury skórkami chleba. W pewnym momencie zwierzaki wyczuły obcych i rozpierzchły się w popłochu. Nadchodzili inni nędzarze, przyszli z niewiadomego kierunku, jakby wypełzli ze swoich nor w miejsce gryzoni.
– Co słychać nowego? – zapytał Premier.
– Jesteśmy bliscy tragedii – odpowiedział mały, łysawy człowieczek z nerwowo rozbieganymi oczkami. – Zbliża się kryzys!
– Kto ci o tym mówił? – Premier nie dowierzał tym słowom.
– Przeczytałem, o! – łysy pokazał podniszczoną płachtę jakiegoś dziennika. – Znalazłem na śmietniku! Najbogatsi ludzie na świecie plajtują!
– Matko! bogaci bankrutują, to my będziemy chyba zdychać – zachrypiała chuda, jędzowata, skrzywiona kobieta. Nazywali ją Ana.
Premier rozsiadł się wygodniej na koślawym stołku i czytał artykuł zbliżając tekst do światła padającego z rozbitego okna.
– Nie ma powodów do zmartwień, według moich prognoz nam zmieni się tylko na lepsze! Upadek zakładów pracy spowoduje większe możliwości rozwoju zbieractwa. Te wszystkie niepotrzebne hale będziemy mogli spenetrować, wywieźć złom i makulaturę. Ciebie, Ana stale wyganiają teraz z dworca, a za pół roku zamieszkasz w przyzwoitym, własnym lofcie!
– Poważnie? Ale fajnie – zawołała żebraczka i chociaż niespecjalnie wiedziała co słowo loft oznacza, bardzo się ucieszyła. Inni także poczuli powiew optymizmu.
– Widzicie teraz, że cały ten kryzys to bujdy i niepotrzebny szum medialny – powiedział Premier na pożegnanie.
Poszli więc w swoje rejony z otuchą wpatrzeni w świat, który znowu do nich należał. Utwierdzili się w przekonaniu, że wspaniałe jest życie biedaka. Gdy tylko opuścili Davos, z norek znowu wyszły gryzonie.