Zaznacz stronę

Rozdział 11

W jesiennej mgle

Jesiennym, późnym wieczorem, a może już nawet nocą Heniek wracał z pracy do domu. Lubił swój zawód, ale przyznać należy, że nieraz klął na nieregularność obowiązków weterynaryjnego fachu. Nie śpieszył się zbytnio, bo był piekielnie zmęczony, a z doświadczenia wiedział, że festina lente to nie tylko piękne łacińskie przysłowie, ale przede wszystkim oczywista prawda. Jazda zbyt szybka przez lasy, na drogach pokrytych śliskim listowiem może być przyczyną niejednego nieszczęścia. Nadmiernie nie dodawał gazu jeszcze z innej prostej przyczyny, miał przed oczyma to, co stało się niedawno Marianowi, koledze z jego licealnej klasy. Nawet najszybsze dochodzenie do zdrowia jest o wiele wolniejsze niż wypadek drogowy, do którego dochodzi błyskawicznie.
Mijał Połomię, po prawej stronie, w głębi zarośli majaczyły zabudowania dawnej szkółki leśnej. Zanim wjechał do lasu wpadł w kłębowisko mgły. Sunęła gęstym dywanem metr, może nawet nie tyle nad ziemią. Nagle coś przebiegło przed maską auta. Heniek gwałtownie zahamował odruchowo, mało brakowało, a przejechałby dzika. Auto stanęło w środku sporej kałuży, silnik zgasł, a kolejne próby jego włączenia nie powiodły się. Nie wiedział, co się stać mogło. Samochód miał przecież niedawno robiony przegląd gwarancyjny, co u licha? Wiedząc, że i tak nic nie wskóra, wyszedł Heniek na zewnątrz, żeby przynajmniej sprawdzić pod maską, czy jakiś kabelek się nie urwał. Kiedyś potrafił naprawiać samochody, ale nowe typy mają w sobie tak daleko posuniętą technikę, że człowiek jedynie jest w stanie wymienić koło. Świecił latarką pod maską, lecz samym oglądaniem niczego się jeszcze nie zreperowało.
– Cóż w ciebie wstąpiło, cholerna maszyno! – powiedział i zaklął siarczyście. – Diabli wiedzą, co się stało! A niech to szlag jasny trafi.
Wszedł do auta i już zaczął gmerać przy telefonie, żeby sprowadzić jakąś pomoc z domu, kiedy w świetle wątłych świateł postojowych zobaczył przed sobą dziwne zjawisko. Szły same nogi w jego kierunku! Heniek osłupiał i nawet się deczko wystraszył. Po chwili zrozumiał, że przecież reszta ciała zatopiona jest w gęstej mgle płynącej ponad drogą. Jeszcze moment, a ten ktoś zastukał palcem w karoserię. Postać pochyliła się i padło pytanie:
– Hej! Co się stało doktorku?
– To się stało, że stoję – odparł wściekły lekarz i zastanawiał się, skąd zna tę twarz.
Osobnik ubrany był po roboczemu, cuchnęło od niego spalenizną, jakby był kominiarzem, albo kowalem. Heniek czuł wyraźnie w nosie gryzący swąd, ale zatroskany swoim samochodem nie myślał o takich detalach otoczenia.
– Może w czymś pomóc, zerknę pod maskę jeśli pan doktor chce – zaproponował.
– Zna się pan na tym? – Heniek zapytał niezbyt ufnie.
– Na wielu rzeczach się znam. Proponuję pomoc nie po to, żeby zaszkodzić. Niech pan nawet nie wychodzi z auta, tylko otworzy maskę.
Upłynęła minuta, a nieznajomy, czy raczej niezidentyfikowany znajomy trzasnął klapą.
– Gotowe, proszę przekręcić kluczyk – rzekł.
Silnik włączył się, z Heńka spłynął cały stress.
– Co to było i jak się mogę odwdzięczyć? – zapytał uradowany lekarz.
– Diabli wiedzą, to diabli naprawili, a odwdzięczyć się będzie jeszcze niejedna okazja – padła odpowiedź.
Heniek poczuł jak dostaje gęsiej skórki, jednak nie od chłodnego powietrza wpadającego przez otwarte okno. Osobnika już nie było. Rozpłynął się w ciemności i mgle, zniknął. Z mieszanymi myślami doktor dodał gazu. Przeraziło go całe zajście, stress powrócił.
Za kilka dni znowu jechał tą trasą, ale za dnia. Stanął pod sklepem, żeby kupić coś do picia i spotkał znajomego. Opowiedział mu nocną przygodę.
– Wiesz, było ciemno, mgła taka, że tylko nogi było widać. Głupio mi, ale faceta nie poznałem, a chciałbym mu się odwdzięczyć. Musisz wiedzieć, jaki mechanik tu mieszka w pobliżu – zakończył relację, a w głębi duszy przewidywał, że gdyby podzielił się przemyśleniami byłoby mu głupio jeszcze bardziej. Pomylił się jednak. Znajomy jeszcze utwierdził Heńka w refleksjach.
– Postraszyło cię. Nie mieszka tu żaden mechanik o podobnym wyglądzie. W tamtym konkretnym miejscu straszy diabeł we mgle.
– Żarty sobie robisz – śmiał się Heniek, ale wyszło mu to dosyć sztucznie.
– Dziadek opowiadał mi dawno temu, że kiedyś miał zdarzenie podobne do twojego, ale nie z autem, bo po wojnie nikt go na wsi nie miał. Wiózł furą drewno z lasu, mgła była taka, że zadów końskich nie widział. Naraz nie wiadomo czemu oderwało się koło od wozu i potoczyło do rowu. Cud, że cały ładunek się nie wywrócił. Dziadek poszedł po koło, a w rowie siedziało jakieś chłopisko. Zaproponował dziadkowi pomoc i wyobraź sobie jaką miał krzepę. Wlazł pod furę i uniósł ją na tyle, że dziadek mógł założyć koło na ośkę. Wszyscy mu wtedy mówili, że był to diabeł, który w mgle siedzi. – znajomy zakończył opowieść, a Heńkowi nie mogło się pomieścić w mózgownicy, że tego typu zdarzenia mogą wystąpić na świecie, a już na pewno nie w XXI wieku. Nie dawało mu to spokoju, więc kiedy wieczorem, po ciężkim dniu pracy usiadł wygodnie w fotelu, nalał sobie koniaku do kieliszka i zatelefonował do Kazika. Słusznie przypuszczał, że jako znawca zjawisk dziwnych, dziwniejszych i mało prawdopodobnych będzie mógł mu co nieco wytłumaczyć.
– Mgła nie jest tylko zwykłym zjawiskiem atmosferycznym – zaczął kolega swe wywody. – Zamazując obraz otoczenia daje pole do popisu ludzkiej fantazji, a z drugiej strony także budzi do życia istoty z pogranicza świata realnego. Występuje o każdej porze dnia i jest przez nie bardziej lubiana niż noc. Kłębiące ją ruchy powietrza umożliwiają przenoszenie się dziwolągów. Wyobraź sobie, że podobno ludzie mieszkający w okolicy pagórka między Ptakowicami, a Reptami, słyszą czasami tętent końskich kopyt. Jeśli mgła wisi nad ziemią, można wyraźnie zauważyć nogi i brzuch białego konia. Pewnego razu, przed laty przyczaił się na to zjawisko jeden z bardziej odważnych. Zrobił w poprzek drogi pasek wapnem rozpuszczonym w święconej wodzie. Kiedy widział, że zbiera się na mgłę, zabrał ze sobą sznur, który w święconej wodzie specjalnie na tę okoliczność moczył. Kucnął za drzewem i czekał cierpliwie. Wnet usłyszał bicie kopyt, a za moment zobaczył białe nogi rumaka. Tajemniczy zwierzak przystanął przed linią i wtedy ów śmiałek na oślep zarzucił sznur licząc, że trafi pętlą na szyję. Koń się przewrócił, a wtedy okazało się, że nie ma głowy. Człowiek uciekł wystraszony i więcej nie próbował takich sztuczek. Skąd koń bez głowy tam się bierze? Nie wiadomo dokładnie, może tylko mglista fantazja? Jedni mówią, że to dusza kogoś zmarłego pochowanego na pagórku w kaplicy, której już nie ma. Inni, że dawnymi czasy właściciel Ptakowic miał białego konia, któremu zawistny sąsiad uciął głowę. Podobno szło o jakieś karciane porachunki…
W tym momencie Heniek usłyszał dzwonek u drzwi.
– Czekaj, ktoś dobija się do furtki – odłożył słuchawkę i wyszedł przed dom. Świat spowiła mgła. Światło latarń nie było w stanie przebić jej gęstości. Wisiały jedynie jasne kule nad ulicą. Heniek nie był pewny, czy nie widzi nikogo, czy nikogo nie ma.
„Pewnie jacyś smarkacze się wygłupiają” – pomyślał.
W powietrzu wyczuć można było zapach spalenizny. Oczywiście, że mógł to być dym z komina, ale Heniek rozpoznał zaraz, że tak śmierdział ten ktoś przed połomskim lasem.