Zaznacz stronę

Jeden rozdział

Rozdział 6

Dopalacze

Jeśli Poeta ma zamiar zabrać się do czegoś z należyty skupieniem, zawsze wypija dobrą, mocną herbatę. Gdy natchnienie nie przychodzi albo świta tylko wątłym płomyczkiem w mroku bezsilności literackiej, wypija następną, która podsyca wenę i potem wszystko idzie jak po maśle. Wszystko, czyli pisanie i kolejne herbaty.
Tak było i tym razem, kiedy klecił artykuł do gazety, ale niestety praca został w brutalny sposób zakłócona. Już rozpędzał się palcami po klawiaturze komputera, słowa prawie same układały się z lekkością, teina działała wyśmienicie, aż tu nagle żona otwarła brutalnie drzwi do pokoju i rzekła:
– Masz gościa!
Myślał, że się wścieknie! Przerwała zgrabny ciąg logicznych myśli, dlatego warknął niegrzecznie:
– Przecież do cholery sama życzyłaś sobie, żeby sąsiad nie przychodził w sprawach wyborczych – powiedział tak Poeta, mniemał bowiem, że Policmajster znowu chce zawracać mu głowę głupimi pomysłami dotyczącymi kampanii.
– To jo, panie Poeta – doszedł do niego z przedpokoju znajomy głos Kaniowej.
Przyszła i opowiedział mu zdarzenie, które on potem opisał na swoim blogu:
„Nieświadomość ludzka prowadzi nieraz do kłopotów i nieszczęść. Przykładem tego niech będzie przygoda mojej sąsiadki.
Otóż jej wnuczek Adrian będzie za niedługo obchodzić osiemnaste urodziny. Pomyślała, że zrobi mu niespodziankę i oprócz pieniędzy, da w prezencie coś śmiesznego. W jej naiwnym mniemaniu najlepszy byłby drobiazg, jakaś maskotka, czy śmieszny przedmiot najlepiej zaopatrzony w humorystyczny napis z okazji pełnoletności. Dlatego też udała się do sklepu, gdzie zwykle takie cacka można było nabyć. Zapytała sprzedawcę, czy ma coś odpowiedniego dla osiemnastolatka na urodziny?
– Ja mam proszę pani artykuły dla każdego wieku – odparł.
– Jo chca coś fajnego, żeby sie cieszoł – wyjaśniała Kaniowa, a wtedy wtrącił się chłopak, który przed momentem wszedł do sklepu i stanął za nią.
– Na wesoło, to musi pani kupić tamto, o tam – pokazał palcem.
Kaniowa smarkaczowi uwierzyła, kupiła to coś, a na odchodnym sprzedawca rzekł jej, żeby wnuka dobrze poinformowała, gdzie prezent kupiła, bo jest jeszcze w kolekcji wiele innych dobrych rozweselaczy.
Kiedy Kaniowa wróciła do domu, Cila była akurat na podwórku, wyrzucała śmieci do kubła i pomstowała na młodego Karlusa, bo przyszedł do lauby, pewnie z zamiarem palenia papierosów. Chłopak chciał się zmyć chyłkiem, ale wpadł na Kaniową i wytrącił jej coś z ręki.
– Przepraszam bardzo, nie zauważyłem pani – powiedział, schylił się po zgubę i aż krzyknął z wrażenia:
– Na mnie to panie wyzywają, że palę papierosy, a same dopalacze kupują!
Potrącona sąsiadka nie zrozumiała o co chodzi, ale Cila wiedziała w czym rzecz.
– Dziołacha, tyś synkowi te paskudne choćby narkotyki kupioła!? Wyciep to zaroz – poradziła.
Kaniowa coś tam z telewizora słyszała, ale dotarło do niej, że chodzi o opalacze, które niby są szkodliwe, bo długie przebywanie półnago na słońcu grozi nowotworem. Teraz jednak uświadomiona zamierzała dopalacze wyrzucić, ale obawia się, że do śmieci nie wolno czegoś takiego dawać.
Wysłuchałem opowieści i nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać, bo sprawa faktycznie komiczna – wyglądała groźnie.
– Czego właściwie pani oczekuje ode mnie? – zapytałem na koniec.
– Kupcie to – odpowiedziała i dodała, że mi się to przecież przyda do pisania.
– Pani Kaniowa, mam panią wyrzucić zaraz, czy dopiero gdy mi powie dlaczego ja mam zażywać dopalaczy?
– Bo wy, poety musicie albo wypić, albo te narkotyki brać, coby pisać te gupoty.
Pokazałem jej moją herbatę, pozwoliłem powąchać, żeby się przekonała, że nie
potrzebuję dopalaczy do natchnienia.”
Tyle napisał w blogu Poeta, ale sprawa miała dalszy ciąg w laubie. Karlus, sąsiad z pierwszego piętra przydybał tam ją i Cilę. Oczywiście synek opowiedział w domu, co Kaniowej z dłoni wytrącił.
– Pani sąsiadko – rzekł moralizatorsko – nie powinna pani czegoś takiego wnukowi kupować, tym bardziej że chłopak może mieć rodzinne skłonności do nałogów. Wszyscy przecież wiemy, że pani mąż pije.
– Panie Karlus, musioł mnie zły duch opyntać – biadoliła sąsiadka.
– Duch opy Francka – to powiedział Wołacz, który zawsze nieproszony musi się pokazać gdzie go nie chcą. Dodał, że po babce też może mieć Adik skłonności do nałogu, bo ona nałogowo przecież przesalała rolady. Sól wprawdzie używką nie jest, ale od samej gadki Lizonia, o przesolonych roladach, córce podnosiło się ciśnienie na kilka godzin jak po kilku kawach. Poza tym znana jest bogobojność Kaniowej, co sugeruje, że jest nałogowcem, bo Karol Marks powiedział, iż religia jest opium dla mas.
W tym momencie Karlus wziął w obronę Kaniową i stwierdził, że gorszego narkotyku od komunizmu to nie widział. Nie dosyć, że ludzie chodzili otumanieni, to jeszcze ci, co go tworzyli narobili długów zamiast zarobić.
– Mielenie ozorami bez pokrycia, jak na haju! – zakończył Karlus.
– Niech pan nie mówi źle o Marksie, to był mądry człowiek – indyczył się Wołacz. – Gdyby żył teraz, z pewnością wygrałby wszystkie wybory.
Dyskusję zamknęła Cila, która ni z gruchy, ni z pietruchy zapytała:
– Jak wom sie zdowo, tyn co wymyśloł maszynka do mielynia miysa boł mondry, czy gupi?
– Nie wiem, jaką pani szykuje zasadzkę na mnie, ale stwierdzam, że był mądry.
Wtedy Cila skonstatowała, że pomimo mądrości twórcy maszynki, jej głupia teściowa palce sobie przy mieleniu mięsa wkręciła. I jeszcze dodała, że z teściową się nie lubiły, ale na tego od maszynki nigdy by nie zagłosowała, ani po dopalaczach.