Zaznacz stronę

Nowych opowiadań nie piszę, to przynajmniej zaprezentuję stare, dawniejsze powiedzmy:

Rozdział 5
Przed hipermarketem

– Mamy początek października, kto by pomyślał, że czas może tak szybko lecieć do przodu – powiedziała Marysia do Doroty. – Za kilka dni minie miesiąc od Gwarków, to jakby chwila od naszego spotkania. Ciemno się robi już tak wcześnie, idzie jesień.
Szły parkingiem przed hipermarketem, pchały wózki z zakupami. Było późne popołudnie, a może bardziej wczesny wieczór, bo szarzało na dworze, wiatr szastał po betonowych kostkach zeschłymi liśćmi.
– Uważam, że czas nie biegnie do przodu, a raczej spiralny jego tor wciąga nas do środka, zatacza coraz mniejsze okręgi – Dorota już miała taki z lekka filozoficzny stosunek do otoczenia. Spokojna i wiecznie rozważna, miała zupełnie inny charakter niż jej mąż, Antek roztrzepany i pełen energii. Właśnie tego dnia robili zakupy i wpadli na Marysię między półkami. One chodziły do jednej klasy w ogólniaku, on był starszym rocznikiem. Plotkowali sobie sunąc przez sklep, następnie panie zabrały się do wyjścia, Antek wstąpił jeszcze do kolektury.
Były mniej więcej na środku zatłoczonego parkingu, kiedy Dorota stanęła jak wryta…
– Boże, w moim aucie ktoś siedzi! – mało nie krzyknęła i złapała Marysię za rękaw. Wyraźnie widziała, że na miejscu kierowcy siedzi żołnierz.
– A które jest wasze auto? – spytała tamta.
– Granatowe, trzecie od końca! – słowa Doroty zabrzmiały trwożnie.
– Widzę go! Złodziej, pewnie złodziej! Gdzie ten twój Antek! – Marysia też zobaczyła postać w samochodzie koleżanki i to ona bardziej wpadła w panikę.
– Biegnij do marketu, do ochroniarzy, a ja zajdę drania od przodu i kiedy będzie ruszać pchnę mu wózek przed maskę – szepnęła Dorota i nie czekając, co powie Marysia zatoczyła koło wokół zaparkowanych pojazdów.
– Co się tak czaisz? – zelektryzowały ją głośne słowa za plecami. Był to mąż.
– No, jesteś! Nie strasz mnie, dzwoń na policję, bo nam auto kradną.
Od strony marketu biegł już pracownik ochrony ze słuchawką przy uchu, za nim Marysia truchtała z wózkiem. Na placu zrobiło się sensacyjnie. Antek nie namyślając się zbytnio ruszył do samochodu, a kiedy był już przy drzwiach, gwałtownie się odwrócił:
– Nikogo tu nie ma! – krzyknął. – Masz jakieś omamy.
Faktycznie, w środku auta było pusto.
– Wyraźnie widziałam, że siedzi, wyglądał na żołnierza.
– Może wsiadł któryś z bezdomnych i zdążył uciec – stwierdził ochroniarz. – Włóczą się tutaj stale podejrzane typki. Sprawdźcie państwo, czy są drzwi otwarte.
Były zamknięte. Antek zaczął sobie pokpiwać z żony, ale Marysia wzięła ją w obronę, bo przecież także widziała postać.
Kiedy Marysia wróciła do domu nic swojemu mężowi tak zaraz nie mówiła, ale przy kolacji zdała relację z całego zdarzenia.
– Nie wiem jak to wszystko tłumaczyć? Może nie do końca mogę potwierdzić, że był to żołnierz, ale z pewnością kogoś widziałam. Co ty o tym sądzisz?
Mąż wysłuchał całej opowieści, gdy skończyła zrobił dwa łyczki herbaty, odchrząknął i odezwał się dziwnie słabym głosem:
– Jednak wrócił, a myślałem, że zniknie na wieki, tak jak cała jednostka.
– Nie rozumiem, o czym ty mówisz? – ton wypowiedzi męża mógł Marysię zaniepokoić.
– Duch wrócił, moja droga! Zjawa, albo szerzej temat ujmując prawdopodobnie kilka takich, ja wiem o jednym – odparł mąż, pociągnął kolejnego łyczka herbaty i opowiadał dalej. – Nie jest to tajemnicą, że market zbudowany jest na terenie jednostki wojskowej. O tym, co się działo za jej murami można by opowiadać całe noce. Historie wesołe, smutne, tragiczne. Po tych wesołych pozostały wspomnienia, po tragicznych – duchy. Zanim trafiłem tam po studiach, jako podchorąży zdarzyło się, że jeden wartownik zastrzelił drugiego. Zachowali się jak szczeniaki. Była zima, trzaskający mróz, nie chciało im się stać na posterunkach. Mieli wiadomość, że oficer dyżurny raczej tej nocy da im spokój, dlatego jakiś czas chcieli przesiedzieć w barakowozie, który stanowił dyżurkę dla świniarzy, czyli szwejów obsługujących hodowlę świń na tyłach jednostki. Kto należał do ich kręgu koleżeńskiego, mógł czasem brać udział w bibkach. Alkohol mieli na bieżąco, o dziewczynach nie wspomnę. Do cwaniackich kretynów zwykle lgną głupie i chętne do przygody. Gdyby tej nocy chłopcy posiedzieli w ciepełku cicho, pies z kulawą nogą o naruszeniu regulaminu nie dowiedziałby się. Oni jednak zaczęli się bawić bronią. Siedzieli naprzeciwko siebie, na pryczach i na wyścigi przeładowywali kałachy. Zakończyło się to tak, że któregoś wartownika został nabój w komorze i po przeładowaniu dobił następnym. Lufy mieli zwrócone ku sobie, więc koleś padł na miejscu. Afera okropna, WSW, prokuratura, dochodzenia. Kto miał siedzieć, ten posiedział, nieboszczykowi życia nie wrócili, ale on zaczął wracać z zaświatów. Po prostu straszył dniami i nocami. Rzucał kamyczkami w hełmy wartowników, szczekał im pod nogami, włączał silniki w autach wojskowych, ale najbardziej lubił siedzieć w samochodach kadry. Widocznie teraz, kiedy w miejscu palcu apelowego jest parking, upatrzył sobie pojazdy klientów.
Mąż zakończył opowieść, a Marysia dalej nie wiedziała, jak to zdarzenie traktować.
Antek natomiast przez cały wieczór żartował z żony, następnego dnia opowiedział wszystko koledze w pracy. Ten jednak się nie śmiał, mówił, że był w tej jednostce po studiach jako bażant, czyli podchorąży rezerwy i wtedy miało miejsce takie wydarzenie:
– Przed obiadem siedzieliśmy na kompanii w palarni i gadali o pierdołach. Do jednego z podchorążych podszedł kot z jego plutonu. Dał mu jakąś kartkę, coś mruknął i wszedł do kibelka. Bażant kartkę schował do kieszeni, nawet nie zaglądał, co to jest, chciał z nim gadać w drodze na stołówkę. Szweje już schodzili na dół, ale ten jeden był prędzej od nich. Wyskoczył z okna na chodnik, śmierć na miejscu. Kiedy bażant zobaczył trupa swojego podwładnego, jakby go olśniło. Wyciągnął kartkę, a to był list pożegnalny! Biedak pisał, że już psychicznie nie wytrzymuje. Dziewczyna go odwiedziła w niedzielę i oznajmiła, że jest w ciąży z jego kolegą, będą się pobierać. Szkoda tego chłopaka, ale jemu już nikt pomóc nie był w stanie. Natomiast podchorążemu zaszkodzić można było. Co ten się nachodził do prokuratury, ile miał kłopotów! Nie pomogły tłumaczenia, że prorokiem nie jest i nie mógł wiedzieć, że denat miał depresję. Bąknął w końcu, że w regulaminie LWP nie ma punktu mówiącego, jak przyszły samobójca ma meldować przełożonym o swoich zamiarach i czy posyłać list pożegnalny drogą służbową przez kancelarię kompanii. Dowiedział się wtedy, że jest bezczelny i jeszcze pożałuje. Wtedy bażant się wściekł, skombinował sporą ilość bimbru i upiliśmy się w naszym pokoju podchorążych. Kiedy już mieliśmy fest w czubie, rozżalony kolega powiedział głośno:
– Co ja ci takiego zrobiłem, że mnie przez ciebie prześladują. Zabierz się za tych, którzy ciebie za życia gnębili w koszarach.
Wtedy się zaczęło. Duch najpierw dopadł kucharza, który późnymi wieczorami kąpał się w kotle do gotowania kawy. Kiedy ten siedział rozkosznie zanurzony w cieplutkiej wodzie, duch spuścił mu kalpę na głowę i go po prostu zamknął jak w sarkofagu. Najgorzej potraktował jednego z kaprali. Miał chłopak jechać na do domu, dostał przepustkę od soboty rana do poniedziałku rana. Najpierw mu ta przepustka zniknęła, ale załatwił sobie naprędce nową, handel w koszarach kwitł w najlepsze. Pojechał i wracał w poniedziałek, a w Opolu sprawdził go patrol WSW i wtedy okazało się, że przepustka była ważna do niedzielnego wieczora. Wydaje mi się, że to duch żołnierza siedział w waszym aucie.
Antek parsknął śmiechem, nie dawał wiary tym opowiadaniom. Twierdził, że wszystkie takie zjawiska wynikały z nudów, jakie przeżywali żołnierze. Niebawem zmienił jednak zdanie. Kiedy sprzątał wnętrze samochodu znalazł łuskę naboju kaliber 7,62. Skąd się tam wzięła?… Od tej pory nie kpił z żony.