Zaznacz stronę

Pozwoliłem sobie dzisiaj wkleić rozdział „Rolady” traktujący o piwie.

Rozdział 3
Piwo

– Dzień dobry pani sąsiadko – powiedział Poeta do Cili na korytarzu, ale ona odburknęła tylko półgębkiem nadąsana z humorem, który mógł zaraz eksplodować. Wycierała podłogę szmatą nawiniętą na miotłę.
– Namaraszom yno, a jo to potym musza sprzontać i w rynkach to świństwo wykryncać – mówiła ruszając energicznie miotłą, ciężko dyszała, a obfity biust falował złowrogo.
– Dlaczego nie robi tego pani mopem? – dziwił się Poeta wykonując slalom między mokrymi miejscami na podłożu i złośliwie podstawianą mu między nogi miotłą. Mało nie potknął się i nie wyłożył jak długi.
– Wyście som cały mop! Ktoś tu w nocy nacedzioł i jo teraz byda se mopa tytrać w cudzych sikach!
Jakiś mało kulturalny świntuch, zapewne pijak, wszedł późnym wieczorem do domu i załatwił sprawę tuż przed jej drzwiami. Wychodząc rano po chleb mało w to nie weszła. Wycierała kałużę starym fartuchem, który miała zamiar wyrzucić na śmietnik.
– Piwsko piją ożyroki, może to jakiś pana kolega? Wy poeci, to yno pijecie!
Cila nie tolerowała piwa, a widok rozlanego moczu napawał ją wstrętem i wściekłością zarazem, i trzeba jej przyznać, że miała powody. Kiedyś, jeszcze za starej władzy przytrafiła jej się przygoda, która na całe lata zniechęciła ją do złocistego napoju.
Zmarła jej znajoma w Zabrzu i coś ją podkusiło, żeby na pogrzeb pojechać dzień wcześniej i przenocować u córki. Mieszkała tam z rodziną, mąż był przodowym na jednej z kopalń. Zięcia nie lubiła specjalnie i on też jej nie darzył sympatią. Dlatego, kiedy tylko się zjawiła dokończył obiad i zamiast, jak co dzień wyłożyć się przed telewizorem szykował się do wyjścia. Galoty spadały mu z brzucha ześlizgując się po okrągłych obfitościach brzucha. Zapiął ciasno pasek, co spowodowało, że spodnie opadły mu na biodra, koszula wylazła na wierzch, a nad butami układała się harmonijka nogawic. Wyglądał koszmarnie, ale według niego bojowniczo i luzacko. Na kąśliwe docinki żony odpowiedział, że nie musi być piękny, bo jedna baba mu wystarczy w domu, a dzisiaj ma nawet o jedną za dużo. Nie ma zamiaru podrywać, tylko chlapnąć jedno piwko z kolegami.
– Już ja widzę wasze jedno piwko! A jutro będę cię z łóżka wykopywać, żebyś się do roboty nie spóźnił! – krzyczała za nim, gdy już był na korytarzu.
– Jutro mnie nie budź! Idę na badania okresowe, mogę spać do siódmej! – odkrzyknął gdy już był na półpiętrze.
– Piykne bydzie mieć te badanie po pijaństwie – gderała Cila, jego teściowa.
– Wy się teściowo martwcie o siebie, jak będziecie wyglądać jutro po stypie – śmiał się głośno, pogłos zadudnił na klatce chodowej, aż wszystkie psy odezwały się w bloku.
W pobliskiej knajpie było miło na swój sposób, swojsko w smrodzie papierosów, przetrawionego piwa i wódki. Gwar taki, że galaretki z nóżek w warczącej agregatem ladzie chłodniczej drgały niczym wesołe meduzy. W pewnym momencie zjawiła się jego żona.
– Które to już? – zapytała. Kamraci pozdrowili ją pijacko grzecznie, ale ona potraktowała ich jak powietrze.
– Zawsze pierwsze – odparł. – Przyszłaś mi liczyć?
– Przyszłam po piwo dla mojej mamy – powiedziała i pokazała słoiczek.
– Dobrą masz teściową, niewiele wypije – próbował żartować jeden z kolegów, ale zaraz się uciszył, gdy na niego spojrzała porażającym zezem.
– Ty się nie odzywaj – fuknęła na niego. Teściową ma, jaką ma! Po pysku go nie bije, chociaż należałoby czasem. Piwa moja mama nie pije, ale jutro będzie włosy płukać po myciu.
To mówiąc ulała sobie ostentacyjnie z kufla mężowskiego do słoika i rzekła:
– Nie będę stała w kolejce! Tyle się dla teściowej możesz poświęcić!
Był już poranek, on w pośpiechu szykował się w łazience, tym razem bardziej przejmował się wyglądem, bo nie idzie na piwo, ale między ludzi, na badania okresowe. Nic nie wskazywało na sensację do momentu, kiedy w laboratorium oddawał próbę moczu.
– Proszę odkręcić słoiczek – padły oschłe słowa przyjmującej próby. W tamtych czasach materiał przynoszono w czym popadnie: słoikach różnego kalibru albo butelkach. Pracownice, jeśli nie dopilnowały poluzowania nakrętki, to potem prosiły o pomoc któregoś z męskiej obsługi przychodni.
Zięć już wycofywał przez tłum zgromadzony przed okienkiem, kiedy dobiegły go nawoływania z wnętrza laboratorium
– Panie, co mi tu pan przyniósł! – krzyczała kobieta, podstawiając mu pod nos otwarty słoik, z którego unosiła się wyraźna woń piwa.
Włosy stanęły mu dęba! Pomylił słoiki! Zaraz po jego wyjściu, łazienkę zajęła teściowa. Cila miała myć włosy przed wyjściem na pogrzeb. To, że przyniósł piwo do laboratorium było niczym w porównaniu do awantury jaka go czekała w domu.
Cila bardzo płakała na pogrzebie, czuła się znieważona do głębi. Jej rozpacz była o tyle większa, że w przypływie złości głośno zadeklarowała więcej się nie odzywać do zięcia. Gdy emocje opadły uzmysłowiła sobie jego podwójny triumf – nie dosyć, że napaskudził jej na głowę, to jeszcze przez jakiś czas miał od niej spokój.
Wszystkie te przeżycia stawały jej przed oczyma, kiedy w pocie czoła doprowadzała korytarz do porządku. Niechcący stuknęła stylem miotły o drzwi sąsiadów i w drzwiach pokazał się Opa pytając, co się dzieje.
– Opa! Wyście som guchy, a jak czowiek klupnie to słyszycie. Jaikiś ożyrok po piwie naloł i teraz się myncza!
– A, to bezto mosz tako fryzura – skwitował Opa, bo faktycznie Cila była całkiem rozczochrana. Nie wiedział nieborak, że niechcący nadepnął jej na odcisk, a potem skarżył się córce w kuchni.
– Cila zrobioła się tako nerwowo, ani się do nij odezwać niy do, blank jak ty, kiej ci się powiy, cobyś tych rolad niy soloła!